W kłębach tytoniowego dymu

Paweł Smoleński (tekst pochodzi z tygodnika Ale Historia nr 291, z dnia 14/12/2015)
25.05.2016 17:13
A A A
Kiosk

Kiosk "Ruchu" w Warszawie (Fot.: MAREK BRONIAREK)

Towarzyszył Polakom przez wszystkie dekady PRL-u, podobnie zresztą jak w tamtych czasach mieszkańcom większości państw świata. Niby każdy wiedział, że tytoń to groźna trucizna, ale co tam, zapalić było w dobrym tonie. Paliło się, nawet jeśli śmierdziało. Czasem palacz pytał grzecznie znajdujących się w tym samym pomieszczeniu: „Mogę zapalić?”. I rzadko spotykał się z odmową.

Palili aktorzy w najlepszych scenach polskich filmów, kłęby dymu unosiły się pod sufitami wytwornych kawiarni i restauracji, a także w knajpach gminnych spółdzielni. Kelnerzy sprzątali brudne talerze, by zrobić miejsce następnym gościom, lecz - bywało - często zostawiali na stolikach popielniczki pełne petów, bo zaraz i tak ktoś je zapełni. Dymem śmierdziały urzędy i poczekalnie szpitali położniczych, gdzie z zapalonym, rzecz jasna, papierosem chodzili od ściany do ściany przyszli ojcowie, czekając na narodziny potomka. Palili robotnicy, chłopi i inteligencja pracująca, bez względu na płeć, wiek i miejsce zamieszkania.

Paliło Biuro Polityczne PZPR. Na spotkaniach opozycji demokratycznej prawie nie było niepalących (Jacek Kuroń na zdjęciach niemal zawsze widnieje z papierosem w dłoni). Palili dziennikarze i lekarze. Palono w więzieniach i w komendach Milicji Obywatelskiej. W salach konferencyjnych, w biurach, przy deskach projektowych, za kulisami teatrów, w barach szybkiej obsługi, na dworcach kolejowych, w szkolnych toaletach i szatniach. Palili murarze w waciakach i oracze w walonkach. Studenci pod bibliotekami i salami wykładowymi. Kombajniści i traktorzyści.

Paliło się w samolotach na trasach krajowych, ale też transatlantyckich - na początku wszędzie, a potem w ostatnich rzędach, w miejscach dla palących. Niecałe ćwierć wieku temu palić w samolotach pozwalali również Amerykanie, dzisiaj jedni z największych wrogów tytoniu na świecie. Niby obowiązywał formalny zakaz sprzedawania tytoniu młodzieży do 18. roku życia, ale w zasadzie nikt go nie przestrzegał. Nauczyciele nękali palących uczniów, ale podczas przerw szkolne toalety śmierdziały dymem nawet w podstawówkach. Nie kurzyły chyba tylko przedszkolaki. (...)

Kopsnij szluga

Palenie wytworzyło obyczaj i normy tzw. dobrego wychowania. Jeśli się miało okazję przypalić papierosa kobiecie, to czy należało swojego papierosa wyjąć z ust, a może wolno trzymać go między wargami? Jak trzymać papierosa: między palcem wskazującym a serdecznym, a może wypada między wskazującym i kciukiem, choć to akurat uważało się za cechę charakterystyczną dla tzw. żuli. Co zrobić, gdy popiół spadnie na obrus? Poślinić palec i delikatnie przykleić, potem zaś strzepnąć? A może zdmuchnąć? Albo jeśli ktoś prosi o papierosa, a w paczce jest akurat ostatni, czy można odmówić nawet najbliższej osobie? W końcu „przyjechali kowboje, każdy pali swoje”.

Z paleniem wiązał się specyficzny slang nałogowców. „Szlug”, „pet”, „fajka”. Czasownik „kopsnąć” oznaczał żądanie lub prośbę o papierosa, „odpalić” - poczęstowanie, „spetować” - zgaszenie, stąd na popielniczkę mówiło się „petownica”. „Jaranie”, „kopcenie” - a więc palenie. „Kołek” oznaczał kawałek tytoniowej łodygi, który trafiał się w papierosie niemal zawsze i nie chciał się tlić. Dlatego papierosy trzeba było wykruszać, czyli obracać w palcach i międlić, by chciały się palić. Lecz jeśli ktoś przesadził, zwłaszcza w przypadku sportów, zostawała mu niemal pusta bibułka.

W drugiej połowie lat 70. w tzw. lepszym towarzystwie nie wypadało nosić w kieszeniach zapałek, w modzie były zapalniczki jednorazowe, do których dorabiało się zaworki i napełniało się je gazem w specjalnych punktach, oczywiście prywatnych. Podobno można było na tym zarobić kokosy.

Legenda o mazurach...

Gdy w latach 70. młódź smakowała sporty (kosztowały 3,40 zł, więc były dostępne dla każdego), a inteligent i chłoporobotnik pluł tytoniową drobiną, między adeptami nałogu krążyły opowieści o mazurach, papierosach piekielnie mocnych, prawdziwej machorce, pakowanych w szarobure opakowania po 20 i 10 sztuk. Gdzieś w zapadłych dziurach można było jeszcze mazury kupić, ale w miastach już nie.

Były za to klubowe, świństwo pierwszej wody, w paskudnym opakowaniu, ale w rankingu popularności bodaj drugie po sportach (z czasem zmieniły nazwę na popularne). Ale też caro, papieros dla elit, schowany w miękkim, niebieskim opakowaniu z białą literą C. Lub ekstra mocne, z filtrem i bez filtra; pierwsze miały na opakowaniu czerwony pasek, a drugie - żółty. Były piasty, giewonty, dukaty, silesie, wrocławskie i łódzkie. Polski monopol tytoniowy produkował tego świństwa w bród. Panie paliły często płaskie lub damskie (z kartonowym ustnikiem, lecz bez filtra) albo zefiry z mentolowym posmakiem, bo mentolowe akurat bez filtra zmuszały do plucia. W niektórych kręgach szczyt szpanu stanowiły carmeny, w ciemnoczerwonym pudełku, najdroższe z krajowej produkcji i dlatego dostępne dla majętniejszych. Papieros Carmen długi i z filtrem, zdemaskował pewnego przestępcę przed porucznikiem Borewiczem, słynnym 07, bo kto to widział, by robol palił carmeny, skoro powinien sporty, gdyż carmen był dla cinkciarzy i badylarzy.

...i smaki z wyższej półki

Kiedy Edward Gierek otworzył Polskę na świat, sprowadził małe fiaty i coca-colę, pojawiły się również polskie marlboro. Zanim ich zbrakło, jak niemal wszystkiego w gierkowskiej i pogierkowskiej Polsce, kosztowały 28 zł i były szczytem szczytów wśród produkowanych w Polsce papierosów. W pierwszej połowie lat 80. dostępne tylko spod lady - handlowali nimi szatniarze w restauracjach i portierzy w hotelach. Też miały kołki, ale marlboro to marlboro. No, chyba że szło się do Pewexu i za marne centy, które wówczas znaczyły majątek, można było kupić marki dziś już w Polsce nieznane. Np. brytyjskie Playersy w kartonowych pudełkach i w puszkach, z marynarzem na wieczku, francuskie gitanes bez filtra, zrobione z czarnego tytoniu, który rzeczywiście śmierdział zupełnie inaczej, winstony, mentolowe salemy i wszelkie dobro (zło), jakim wówczas zaciągał się świat. Były prawdziwe marlboro, a dla pań papierosy Eve, z ustnikiem ozdobionym kwiatkami. Panie były zachwycone.

Na kartki i z metra

U progu lat 80. posypał się gierkowski dobrobyt, w tym również na odcinku tytoniu, jak się wtedy mówiło. Papierosy stały się towarem deficytowym, a niedługo później osiągalnym tylko na kartki i (podobnie jak rzecz się miała z wódką, również kupowaną na kartki) można je było wymienić na coś równie rzadkiego. Np. buty, proszek do prania lub wyrób czekoladopodobny.

W kioskach (ale nie tylko) można było kupić papierosy z metra, najczęściej ekstra mocne bez filtra, które w fabrykach tytoniowych jakimś cudem wymknęły się gilotynom i wychodziły z maszyn długie na kilkadziesiąt centymetrów. Papierosami z metra obdarowywano strajkujących robotników i studentów w przekonaniu, że tego im akurat bardzo potrzeba. Dodatkowe przydziały na papierosy rozdawali kadrowcy w biurach i zakładach pracy. Papieros przez kilka lat był dobrem rzadkim, a więc nadzwyczajnej wartości, i można było dla niego zrobić wiele. (...)

Polecamy