Jazzmani na Kalatówkach, czyli orgie u stóp Tatr

red.
12.09.2016 15:38
A A A

fot. Wojciech Plewiński

W 1959 roku perkusista zespołu Krzysztofa Komedy, Jan Zylber, rzucił pomysł organizacji cyklicznej imprezy jazzowej w Zakopanem. Dość szybko doszedł do porozumienia z władzami miasta i w schronisku na Kalatówkach pojawili się muzycy z całego kraju.

„[...] zjeżdżało się tam mnóstwo ludzi – wspominała Zofia Komedowa – niekoniecznie
związanych z muzyką. Całość miała charakter raczej spotkania towarzyskiego, niekończącego się happeningu, trwającego bodajże przez dwa tygodnie. Byli tam muzycy z żonami, narzeczonymi, jazzfani i sympatycy jazzu.

Byli ludzie kultury i filmu, przyjeżdżał: Marian Eile, Skarżyńscy i Tyrmand, pamiętam, jak wspaniale bawił się Andrzej Munk. Był tam też Romek Polański z Basią Kwiatkowską, Maja Wachowiak, późniejsza żona Gustawa Holoubka i wiele, wiele innych postaci, których nie jestem w stanie wyliczyć”.

Muzyka, młodość i miłość

Większość uczestników Jazz Campingu na Kalatówkach miała niewiele ponad 20 lat, królowały tam młodość i radość życia. Uczestnicy imprezy prześcigali się w zwariowanych pomysłach. Panowała piękna, zimowa pogoda, a humory dopisywały.
„W dzień jakieś szalone zabawy, konkursy – opowiadała Komedowa – jazda we dwójkę na jednej parze nart – pan z panią, konkurs dla pań w zjeżdżaniu w miednicy, gdzie
zdecydowanie najlepsza była Basia Kwiatkowska, budowanie olbrzymich twierdz ze śniegu, a potem »wojna«. Przez trzy dni wcześniej lepiliśmy kule śnieżne i fortyfikację obronną, w której potem dowódcą oblężonych był Duduś Matuszkiewicz. A Sławek Szaybo [.] znany i uznany na całym świecie plastyk i ilustrator [.] z deską sedesową na głowie, jako przywódca atakujących, podnoszący tę klapę i ryczący: »Do ataku!«”.
To właśnie wówczas Wojciech Plewiński (fotograf „Przekroju”) wykonał serię zdjęć Zofii i Krzysztofa Komedów. Siedzący na łóżku muzyk z saksofonem w rękach i naga Zofia leżąca obok niego pod kołdrą. Muzyka, młodość i miłość, chwile osobistego szczęścia na zawsze utrwalone na kliszy fotograficznej.

Imieniny Polańskiego

Wprawdzie impreza na Kalatówkach była świętem muzyki, to jednak ogromną rolę odgrywał tam Roman Polański. Stojący dopiero u progu kariery reżyser znakomicie czuł się w środowisku jazzmanów, był to także najlepszy okres jego małżeństwa z Basią Kwiatkowską. Pod Giewontem Polański zasłynął jako pomysłodawca dziwacznych konkursów towarzyskich, czasami też zamieniał się w dyrygenta, prowadząc improwizowane koncerty na stołówce. I nikomu nie przeszkadzało, że zamiast batuty używał sztućców.

„Były huczne imieniny Romka Polańskiego – kontynuowała pani Zofia – którego o 6. rano obudziliśmy straszliwą »kocią muzyką«. Tu zresztą Romek nas zaskoczył, bo otworzył drzwi, trzymając w rękach dwie półlitrówki i wmuszając w każdego z nas »pięćdziesiątkę«, co powszechnie wiadomo, jak się kończy... Za to na przyjęciu śniadaniowym była owsianka z mlekiem, którą ze smakiem pałaszował solenizant, nie musząc przedtem »wytrąbić« tej wódki”.

Królowała jednak głównie muzyka, trwało nieustanne jam session w różnych składach. A gdy w Dolinie Strążyskiej pojawiła się cygańska kapela, to natychmiast dołączyli do niej jazzmani. I dzień zamknął się muzycznym kuligiem przy blaskach pochodni. (...)

„Alkoholicy i degeneraci”

Niestety, impreza na Kalatówkach okazała się zbyt udana, aby władze mogły ją tolerować. Beztroska zabawa muzyków i ich wielbicieli przy dźwiękach podejrzanej muzyki rodem z USA okazała się niewygodna dla partyjnych decydentów. Camping odbył się jeszcze tylko raz (w 1960 roku), po czym zniknął z kalendarza imprez jazzowych. A jego eliminacja została przeprowadzona w typowy dla komunistów sposób – stworzono wokół imprezy podejrzaną  atmosferę, prasa sugerowała, że na Kalatówkach odbywają się orgie alkoholowo-seksualne. A następnie metodami administracyjnymi uniemożliwiono organizację kolejnej edycji.

W sprawę zdyskredytowania imprezy zaangażował się jeden z jej uczestników, dziennikarz Wojciech Giełżyński. Nie znał się specjalnie na jazzie, ale to nie było konieczne, by napisać negatywną relację. Na łamach „Dookoła Świata” pojawił się artykuł Dziesięć dób w stylu jazzowym, w którym Giełżyński dał do zrozumienia, że tatrzańska impreza to spotkanie alkoholików i degeneratów. Natomiast jej głównym celem nie jest wspólne muzykowanie, lecz deprawacja dziewcząt przez jazzmanów. Artykuł był utrzymany w kpiąco-ironicznym tonie, a sam autor nie mógł się ostatecznie zdecydować, czy to muzyka jazzowa zagraża socjalistycznemu społeczeństwu, czy tylko jego wielbiciele. „Jazzmanów nacja i ich nieodstępna damsko-męska asysta wielce wesoła jest i krotochwilna. Petardy, świece dymne owadobójcze i różne takie często gęsto puszczali; śmierdziało. Na fotelach wyściełanych po schodach gonili się w uciesznych wyścigach, co słabsze sztuki leciały w drzazgi z tych igraszek. Służba – która najpierw – o Jezu, co się tu dzieje – rwała włosy, później – niechżesz to wszystko cholera bierze – machnęła ręką”. (...)

Zgnilizna z Zachodu

W podobnym artykule nie mogło oczywiście zabraknąć opisów upadku moralnego
uczestników imprezy. (...) „Panienki szczycą się natomiast intymnościami z jakimś
»Zbyszkiem«, pewnym »Bobkiem« i niejakim »Dudusiem«, aż dziw bierze, skąd u tych
chłopaków krzepa. [.] Te wielkie synkopowanej muzyki miłośnice najczęściej z jedną w
kieszeni stypendialną stuzłotówką na Kalatówki ściągnęły, na Fart licząc, z braku Mamony.

Bóg Fart kapryśny jednak, czasem bryzol jakiś postawił, czasem tylko zsiadłe mleczko z ziemniaczkami, czasem i tego nie, a już najgorzej ze spaniem. Więc plątały się po schodach i korytarzach, chłopaczki bardzo uprzejme – z kim dzisiaj śpisz, mała? – pytali i pół łóżka oferowali: korzystały z tych szans skwapliwie.”

Giełżyński, pisząc ten paszkwil, nie mógł nie zwrócić uwagi na wpływy zachodniej
„zgnilizny” moralnej na środowisko jazzowe. Muzycy używali angielskich określeń,
czytywali Faulknera i „siadywali na podłodze ze skrzyżowanymi nogami” (!). Ubierali się w zachodnie stroje, a ich światopogląd nie miał nic wspólnego z normami etycznymi
społeczeństwa socjalistycznego.

„Jazz w ciągu kilku ostatnich lat wytworzył psychozę niesamowitą. Jazzmani nie tylko
urabiali gusty muzyczne, to byłoby najmniej groźne, ale dyktowali swój typ ubiorów
(dżinsy!), wyrażania się (cizia!), zachowania (spleen!), ba! narzucali swym wyznawcom
nieskomplikowany pogląd na świat (tu mi wisi!). Słowo daję, takiego jazzobłędu nie
notowały kroniki żadnego z krajów cywilizowanych. We Francji, we Włoszech, w Austrii, w Egipcie nawet jazz to jest jazz, gatunek muzyczny, bardzo lubiany, chętnie słuchany i
tańczony. To u nas dopiero postawiono znak równości między saksofonem a kulturą, między perkusją a intelektem”.

Do nagonki na imprezę przyłączyli się inni, w efekcie Camping zniknął z kalendarza
muzycznego. Pozostały tylko wspomnienia uczestników i zdjęcia, które potwierdzają, że faktycznie było to wydarzenie bez precedensu w towarzyskich dziejach tych lat.

Polecamy