Nie do prasowania, nie do cerowania

red.
29.08.2016 10:25
A A A

fot. JANUSZ SOBOLEWSKI

Niebieskie dżinsy pragnę mieć, w niebieskich dżinsach chodzić chcę - śpiewali Niebiesko-Czarni,Karin Stanek zaś gorąco prosiła tatę o kupno wymarzonych spodni. Władza tymczasem patrzyła na nie niechętnie, mimo iż dzieci partyjnych bonzów oczywiście miały dżinsy - kupione w Pewexie lub na warszawskim bazarze Różyckiego.

Na praskim placyku pokrytym kolorowymi szmatami tłoczą się żony komunistycznych
dygnitarzy, słynni architekci na usługach rządu, poeci opiewający jeszcze wczoraj Stalina i muzycy wymieniający tysiące złotych z nagród za rewolucyjne kantaty na parę blue jeans wprost z Nowego Jorku - pisał Leopold Tyrmand.

Dla kowbojów i farmerów

Levi Strauss – tak nazywał się pewien młody, pomysłowy Amerykanin, który w czasach
gorączki złota, w połowie XIX wieku bez większego powodzenia handlował w San Francisco namiotowym płótnem. Dzięki temu, że na namioty nie było zbyt wielu chętnych, dziś w każdym zakątku świata można odnaleźć nazwisko Levi Strauss wytłoczone na metkach i guzikach najpopularniejszych spodni w historii.

Dwudziestoparoletni Levi wymyślił bowiem, że z namiotowego płótna można uszyć trwałe i wygodne spodnie dla poszukiwaczy złota. Pierwsze dżinsy są brązowe, mają kieszenie i szelki. Stają się hitem, ale dopiero po paru latach przyjmują swą obecną postać: płótno (o specjalnym splocie) zyskuje niebieską barwę, na szwach pojawiają się podwójne pomarańczowe stebnówki, a przy kieszeniach – nity. Majątek Starussa staje się fortuną. Dżinsy są przez dziesięciolecia ubiorem kowbojów i farmerów, ale po drugiej wojnie światowej podbijają serca mieszczuchów. Szybko stają się podstawowym ubiorem młodzieży, a potem już ludzi w każdym wieku, każdej profesji, aparycji, każdej klasy społecznej.

Szlifowane pumeksem

W PRL-u były synonimem zachodniego szyku. „Tato kup mi dżinsy-spodnie” – prosiła Karin Stanek, a za nią miliony nastolatków płci obojga. I nie chodziło o dżinsopodobne „Odry” lub „Elpo”, które szlifowało się pumeksem, papierem ściernym lub szczotka ryżową, by przejaśniały na udach. Materiał - arizona, czyli bawełna z domieszką sztucznego włókna - był tak słaby, że często nie wytrzymywał takiej kuracji upiększającej. Na spodnie mówiło się „teksasy” lub „szariki”, bowiem na plakietce z tworzywa skóropodobnego nad tylną kieszenią widniał wizerunek psa na tle czołgu „Rudy 102”. I choć z prawdziwymi dżinsami miały one niewiele wspólnego, do sklepów i tak ustawiały się kolejki. Tworzono nawet listy społeczne.

Chlorowane marmurki

Prawdziwe Super Rifle albo Wranglery dostępne były jedynie za dolary lub bony w Peweksie. Pod koniec lat 60. kosztowały 5 dolarów, później ceny sukcesywnie rosła. Ponieważ Polacy w przeliczeniu zarabiali kilkanaście dolarów miesięcznie, wypłata wystarczała na jedną parę amerykańskich dżinsów.

U progu wolnego rynku nastały czasy marmurkowatych dżinsów z Turcji, zwanych też
„piramidami”. Kiedy na Okęciu lądował samolot ze Stambułu, w hali przylotów robiło się
niebiesko. Każdy handlarz miał na sobie przynajmniej dwie pary spodni i tyleż bluz i kurtek. A potem ruszał z dostawą na stragan na warszawskim bazarze Różyckiego. Polskie fabryki i tym razem odpowiedziały na potrzeby rynku. - Co myśmy nie robili, by
uzyskać taki materiał! - wspominała Zuzanna Sikorska, pracownica Odry, na portalu
Sedina.pl . - Znaliśmy wszystkie zakłady pralnicze na terenie Szczecina. Z fabryki przychodził normalny dżins. By go fantazyjnie powycierać, trzeba było eksperymentować na własną rękę z chlorem. Najpierw stolarnia zrobiła specjalne kosteczki, które prano razem z materiałem.

Jednak metoda okazała się nie najlepsza, w tkaninie szybko robiły się dziury. Po setkach eksperymentów postawiono na piłeczki pingpongowe. Dżins - prany w mieszaninie chloru z dodatkiem chińskiego plastiku - nabierał wreszcie odpowiednich kolorów.

Jeszcze dżinsy nie zginęły

Wiosną 1991 r. otwarto w Gdyni pierwszy w Polsce firmowy sklep Leviego Straussa. W
wielometrowej kolejce ustawili się ludzie w każdym wieku. Dżinsy nie były już własnością jednego pokolenia.

Dziś z dżinsu szyje się sukienki, torby, kapelusze, kurtki, kostiumy kąpielowe i buty. No
i oczywiście spodnie. Dżinsy nie znikają z wystaw sklepów i ulic. Nieco zmieniają kształt nogawek, wysokość pasa, kształt kieszeni, ale wciąż są podstawą stroju. Można je kupić w każdym niemal kolorze, fasonie i rozmiarze. Poczynając od tych na 56 cm, dla nowo narodzonych poszukiwaczy złota...

Jak spełniliśmy marzenia

O parę lewisów ubłagałem wujka z Londynu. Byłem tam całe wakacje. Z kuzynem
pomagaliśmy ludziom sprzątać ogródki, a oni nam za to płacili. Kupiłem sobie jeszcze
komplet Lee. Jak przyjechałem do Polski, to myślałem, że kumple wykitują na atak serca. Dziewczyny zlatywały się do mnie jak ćmy do światła.
Andrzej, rocznik 1952

O dżinsach marzyłam przez całą podstawówkę i liceum. Gdy wreszcie dziadek podarował mi bon PKO o wartości 5 dolarów, czym prędzej pobiegłam do Pewexu. Pech chciał, że nie było mojego rozmiaru. Wkrótce cena dżinsów skoczyła do 7 dolarów i nie było mnie na nie stać. Pierwsze spodnie z prawdziwego denimu (bynajmniej nie markowe) kupiłam sobie w 1978 roku w Paryżu, w najtańszym sklepie Tati.
Marta, rocznik 1955

Tato, kup mi dżinsy-spodnie,Tato, będzie mi wygodnie,Tato, wszyscy mają dżinsy,Kup je mi! Tato, nie mów, że są drogie,Jak to wytłumaczyć tobie,Dżinsy kup mi, nie myśl długo,Raz, dwa, trzy!Nie do prasowania,Nie do cerowania,Fajne, nawet z łatą,Wierz mi, tato!sł. Krystyna Wolińska, muz. Marek Sewen

Polecamy