Wojna polsko-polska o Kmicica i Oleńkę

Rozmawiał Jacek Szczerba
22.08.2016 09:47
A A A

fot. archiwum

Czy Daniel Olbrychski i Małgorzata Braunek nadają się na sienkiewiczowskich bohaterów? W 1974 roku, gdy "Potop" wchodził na ekrany, spory na ten temat były równie gorące jak dzisiejsze debaty polityczne. Oglądając film po czterdziestu dwóch latach od premiery podziwiamy obsadową intuicję Jerzego Hoffmanna. O kulisach kręcenia filmu opowiedział na łamach książki "Po mnie choćby Potop".

Jacek Szczerba: W Po ogłoszeniu obsady wybuchła wielka awantura o to, że dawny Azja Tuhajbejowicz gra Kmicica.

Jerzy Hoffmann: Zapomniano, że zimą 1969 roku w plebiscycie ogłoszonym przez „Magazyn Filmowy” Daniela uznano za najlepszego Kmicica. Awanturę wywołały dwie osoby – Zbigniew Sołuba, naczelny „Expressu Wieczornego”, oraz Stanisław Grzelecki z „Życia Warszawy”. Po obejrzeniu filmu Grzelecki nas przeprosił, ale było to tak, jakby kogoś zabił, a potem przeprosił rodzinę.

Podobno Hollender miał nagraną na taśmie rezygnację Daniela Olbrychskiego z roli Kmicica.

Możliwe. Nadeszła lawina listów, a to od Koła Gospodyń Wiejskich, a to anonimów: że
Daniel jest niezdolny, brzydki, garbaty, że to Żyd i pedał. Daniel się załamał. Jednocześnie był to dla niego bodziec, żeby pokazać tym kretynom, że nie mają racji. Już w latach 60. powiedziałem mu w SPATiF-ie, że najpierw chlapnę go na czarno i będzie Azją, a potem zagra Kmicica, chociaż wtedy wcale nie miałem pewności, że nakręcę „Potop”.

Czy istniał plan awaryjny? Przecież Olbrychski dostał propozycję od Kirka Douglasa, żeby pojechać do Hollywood robić film o piratach.

Nikt inny by roli Kmicica nie dźwignął. Nie było alternatywy.

Z „Pana Wołodyjowskiego” wziął Pan Łomnickiego, ale Mieczysław Pawlikowski, który grał tam Zagłobę, dostał zawału, i musiał go Pan zastąpić Kazimierzem Wichniarzem.

Tworząc obsadę, trzeba iść na kompromisy. Ludzie lubili Zagłobę Pawlikowskiego, ale on grał tę postać trochę po fredrowsku. Zagłoba Wichniarza jest bliższy wersji Sienkiewicza.

A główny czarny charakter „Potopu” Janusz Radziwiłł?

Mój pierwotny pomysł na Janusza Radziwiłła to był Gustaw Holoubek: jako chory, mądry pająk oplatający muchę, czyli Kmicica. Kino to nie podręcznik historii, stuprocentowa wierność nie obowiązuje, więc ucharakteryzowaliśmy go na podstawie portretu hetmana Sapiehy: łysina, siwe włosy do ramion, które zasłaniały słynne uszy Holoubka, wąs zapleciony w warkoczyki i opadający niemal do połowy piersi. Całą figurę wzorowałem na Nikołaju Czerkasowie grającym Iwana Groźnego u Eisensteina. Radziwiłł był podniesiony na koturnie, przygarbiony, w długim, ciemnym stroju. Gdy zobaczyłem takiego Holoubka, oniemiałem. On miał inną opinię. Powiedział, że może zagrać Radziwiłła, ale Bogusława. „A sceny konne, fechtunek?” – spytałem. „To mogą zrobić kaskaderzy”. Kusiłem go tym, żeby zagrał jeszcze Jana Kazimierza. Był właśnie po Janie Kazimierzu w teatrze. Powiedział: „Mogę zagrać Jana Kazimierza i Bogusława”. Rozstaliśmy się. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że Gustaw, zakochany wtedy w Magdzie Zawadzkiej, nie mógł zagrać starca, tylko „koguta” Bogusława. (...)

Wnętrza radziwiłłowskich Kiejdan udaje Wawel.

Przy „Panu Wołodyjowskim” pracowaliśmy na Wawelu, przestrzegając surowych rygorów, i nie poczyniliśmy tam żadnych szkód. Dlatego dla „Potopu” otwarto go nam po raz drugi. Radziwiłła obsługiwali czterej kelnerzy z Wierzynka, podając bażanty dekorowane piórami i kurczęta w maladze. Dopiero później się dowiedziałem, że gdy kręciliśmy na Wawelu, po dziedzińcu na dole przechadzał się kardynał Karol Wojtyła, przyszły Jan Paweł II. Ponoć bardzo się interesował tym, co robimy. Był w końcu aktorem.

I co, przyszedł na plan?

Nie, widocznie nie chciał nam przeszkadzać.

"Zdjęcia już trwają, a Oleńki wciąż nie ma" – donosiła ówczesna prasa. W castingu wybrał Pan Janinę Sokołowską, blondynkę o piwnozielonych oczach, studentkę pierwszego roku Szkoły Filmowej w Łodzi. Tyle że zwlekał Pan z ogłoszeniem tego wyboru.

Wahałem się. Dziewczyna była bardzo ładna, ale kręcąc tak wielki film, nie miałem czasu na zajmowanie się niedoświadczoną aktorką. W końcu zrozumiałem, że ona przez swą niezwykłą skromność nie była w stanie zagrać damy, „wyprostować się”. Małgosia Braunek przyjechała na zdjęcia próbne, gdy kręciliśmy w Kaplicy Jasnogórskiej. Wyglądała zjawiskowo. Była w siódmym miesiącu ciąży. Zajęci scenami batalistycznymi mogliśmy na nią poczekać. Nikt nie przewidział jednak, że jej ówczesny mąż, Andrzej Żuławski, skłoni ją po porodzie do gwałtownego schudnięcia. Trzeba było zwężać kostiumy. Twarz jej się zaostrzyła. To schudnięcie spowodowało, iż Janusz Głowacki napisał, że Braunek to „Max von Sydow polskiego kina”.

Mógł Pan też wziąć Barbarę Brylską, Krzysię z „Pana Wołodyjowskiego”.

Niepotrzebnie byłem pamiętliwy. Gdy kręciliśmy w „Panu Wołodyjowskim” scenę kuligu, w Bieszczadach była zima stulecia. Przygotowanie planu okazało się udręką, a tu Brylska przyjechała z pieskiem i aparatem fotograficznym, którym pstrykała zdjęcia panu reżyserowi. Myślałem, że ją zabiję. Nie wolno się poddawać tego typu emocjom: to była piękna kobieta, dobra aktorka, można ją było zrobić na blondynkę i kręcić. (...)

Powstawaniu „Potopu” towarzyszyło kilka problemów.

(...) Jechaliśmy na Białoruś, bo zdaliśmy sobie sprawę, że nie zrobimy „Potopu” bez pułku kawalerii Mosfilmu. A transport pułku do Polski byłby znacznie droższy. (...) Na Białorusi zaczęła się odwilż. Po miesiącu przyszedł mróz. Marzyliśmy o pochmurnych dniach, a tu słońce świeci jak psu jajca. Mało śniegu. Na szczęście Białorusini mieli wietroduje, czyli silniki lotnicze na saniach. Zwoziło się śnieg ciężarówkami i łopatami rzucało pod śmigło. Zamieć z początku filmu to są wietroduje.

Co robiła ekipa, czekając na śnieg?

Piła. Mieszkaliśmy w hotelu, który można było zasiedlać tylko w 50 procentach. Jak dmuchał wiatr z jednej strony, to trzeba było przenosić lokatorów na drugą stronę, bo ściany przepuszczały zimne powietrze. Projektowali go cudzoziemcy, ale chyba na warunki klimatyczne Hiszpanii. Łomnicki, czekając na zdjęcia, pukał w sufit, bo na górze mieszkał kaskader Lech Adamowski, który schodził do niego i razem raczyli się wódką. Pewnej nocy łomot do drzwi. Stoi w nich Bogusz Bilewski, jeden z kompanii Kmicica. Cały we krwi. Pytam: „Bogusz, co się stało?”. Okazało się, że pił wódkę w knajpie. Dwa stoliki dalej pili czescy lotnicy z lotnikami sowieckimi. Bogusz podszedł do nich i powiedział: „Wy w dupę pierdoleni Czesi”.

Jak znosił to Olbrychski?

Daniel musiał udowodnić wszystkim, że najlepiej biega, najlepiej fechtuje, najlepiej pije
wódkę. W pełnej zbroi konno wjechał w odnogę Dniepru. Koń wpadł w dziurę i zapadli się w głębinę. Straciliśmy ich z oczu. Daniel wyciągnął konia, ale temu zalało uszy. Zaczął kręcić się w koło, stracił orientację. Na szczęście Danielowi starczyło sił, żeby uratować i konia, i siebie. 

Polecamy