Topless na betonie

Andrzej Klim
28.06.2016 11:30
A A A
Pływalnia na Stadionie Legii w Warszawie, czyli tzw. Basen Polnocny, albo Stary Basen w latach swej świetności, u góry widoczna ulica Czerniakowska, Warszawa lata 50.

Pływalnia na Stadionie Legii w Warszawie, czyli tzw. Basen Polnocny, albo Stary Basen w latach swej świetności, u góry widoczna ulica Czerniakowska, Warszawa lata 50. (Fot.: KAROL SZCZECINSKI)

Na basenie Legii królowały najpiękniejsze dziewczęta stolicy i playboye czasów PRL. A pływanie było ostatnią rzeczą, po którą tam przychodzono.

Upał! W Warszawie lat PRL-u ochłody można było zaznać w ograniczony sposób: jedząc lody Bambino, pijąc wodę z saturatora (popularnie zwaną „gruźliczanką”), albo zażywając kąpieli nad Wisłą lub w jednym z zaledwie kilku odkrytych basenów. Najsłynniejszym z nich był basen Legii. Był to właściwie letni salon Warszawy. Tutaj bowiem przychodziło się nie tylko po to, żeby popływać w brudnawej brązowej wodzie (aczkolwiek niezachęcający do kąpieli kolor zawdzięczała barwie kafelków), ale przede wszystkim, żeby obserwować i być obserwowanym.

Zawodniczki kontra kociaki

Sezon na Legii inaugurował co roku skok z wieży „Grubego Kazia”, kąpielowego ważącego 150 kg. Wyczyn ów powodował ogólną radość zebranych oraz zalanie wodą otoczenia basenu. Następnie na szczycie wieży zasiadali najlepsi jazzowi muzycy i uświetniali występem otwarcie sezonu. I zaczynało się basenowe życie sportowe a przede wszystkim towarzyskie. Sportowe, bo w określonych godzinach na wyznaczonych torach pływali zawodnicy, ale głównie świeciły one pustką, w przeciwieństwie do pozostałej części kąpieliska, gdzie kłębił się tłum damsko-męski.

Agnieszka Osiecka, która przez pewien czas trenowała pływanie w Legii, tłumaczyła ten fakt tym, iż zawodnicy nie chcieli pływać z „hołotą”. Dlatego pojawiali się na basenie o siódmej rano i o ósmej wieczorem. Rankiem bywalcy odsypiali jeszcze nocne szaleństwa, a wieczorem szykowali się do rajdów po nocnych lokalach stolicy. Podczas dnia zawodniczkę można było odróżnić od reszty towarzystwa po tym, że paradowała w grubym szlafroku frote, nie zważając na lejący się z nieba żar. Pod szlafrokiem zawodniczki ukrywały czarne, najlepiej zagraniczne, jednoczęściowe kostiumy z milanezu. To był też sposób na odróżnienie się od preferujących bikini piękności przychodzących na Legię w celach towarzyskich.

Skok na dziewczyny

Towarem deficytowym na Legii były leżaki – zawsze było ich zbyt mało. Trzeba było mieć albo chody w wypożyczalni, albo odpowiedni status na basenie, na przykład na byłych wysoko postawionych partyjnych towarzyszy czekał osoby rząd tych siedzisk.

W basenie, w tłumie, na końcu płytszym uczono się pływać, a pływając na drugim końcu trzeba było uważać, aby nie wpadł na głowę któryś ze skaczących z rozpędu młodocianych z Powiśla. Ich główną rozrywką było bowiem skakanie na pływające dziewczyny. Ofiarami ich dowcipów padały jednak także i te bywalczynie, które z własnej woli do wody nie wchodziły. Szczególnie upatrzyli sobie niejaką „Kwiaciarę”, nie pierwszej młodości właścicielkę kwiaciarni, która lubiła przechadzać się wzdłuż basenu. W odpowiednim momencie spychano ją do wody, a wówczas ku uciesze jednych, a przerażeniu niewtajemniczonych, spadała jej z głowy peruka. Jakaś litościwa ręka wyciągała „Kwiaciarę” i to, co wcześniej miała na głowie z basenu. Upokorzono kobieta znikała z plażowiska. Ale tylko na czas jakiś...

Plażowe rewiry

Wyjątkowym miejscem na basenie Legii była restauracja na piętrze pawilonu, w niewielkim pomieszczeniu, mieszczącym dziesięć stolików, przy których siadały eleganckie panie i szykowni panowie. Zachowała ona jeszcze przedwojenny szyk. Klientów obsługiwali kelnerzy w białych koszulach i smokingach. Władze postanowiły więc zlikwidować ten burżuazyjny przybytek i kazały uruchomić w tym miejscu punkt sprzedaży oranżady. Ale póki działała, na niedzielny obiad przychodziła tutaj polska Coco Chanel, szefowa projektantów Mody Polskiej Jadwiga Grabowska. Zawsze elegancka, w chanelowskim kostiumie i w turbanie na głowie. Spotykała się z przedwojennymi znajomymi, ale przy okazji przez okno obserwowała kandydatki na modelki w swojej firmie. A miała w kim wybierać. Na Legię przychodziły najpiękniejsze dziewczęta licząc na to, że zostaną zauważone przez kręcących się tutaj filmowców, redaktorów z telewizji czy „ludzi z miasta”, czyli ówczesnych celebrytów „znanych z tego, że są znani”, bywających w Bristolu, Kameralnej, SPATiFie czy Hybrydach.

Te najbardziej wyzwolone zażywały kąpieli słonecznych topless w „solarium”, czyli na betonowym dachu pawilonu z restauracją. Wśród nich brylowała największa piękność czasów PRL-u Ewa Frykowska - modelka, była żona Wojciecha Frykowskiego (wówczas już byłego męża Agnieszki Osieckiej), zamordowanego w willi Romana Polańskiego w Beverly Hills. Pozostałe panie zajmowały strategiczne miejsca w różnych punktach poszczególnych stref udeptanego klepiska, udającego trawiastą plażę. Najbliżej męskiej szatni łapały modną opaleniznę te, które chciały być poderwane. Za nimi rozkładali się młodzieńcy imponujący wyglądam i siłą, ale nie stanem portfela. Niedobory finansowe pokrywali odpowiednią „nawijką”, na którą niektóre z opalających się przy szatni dawały się poderwać. Inne, te o większych ambicjach, spoglądały w stronę ogrodzenia. Tam rozkładali się ci, od których mogło zależeć ich przyszłe życie zawodowe i prywatne. Przecież właśnie na basenie Legii Roman Polański wypatrzył piękną Jolantę Umecką, która zagrała filmie „Nóż w wodzie”. W tym rejonie brylowali reżyserzy Jerzy Gruza i Jerzy Hoffman, aktorzy Tadeusz Pluciński i Bohdan Łazuka, pisarz Leopold Tyrmand, czy Olek „Naleśnik” - przystojny, wysportowany typ, żyjący w zażyłości z przedstawicielami filmowego światka.

Podryw „na pantofelek”

Ówczesny biznes, czyli jak mówiono w czasach PRL-u prywatna inicjatywa, okupowała położony przy płocie kawałek betonu. Królował tam posturą Andrzej Rzeszotarski, zwany „Rotmistrzem”, a przez bardziej zaprzyjaźnionych - „Wujem”. Ani wyglądem, ani zajęciem nie mógł wzbudzić zainteresowania u najpiękniejszych warszawianek przebywających nad basenem, ale miał na nie wypróbowany sposób. Otóż dzięki różnym szemranym interesom i układom ze Służbą Bezpieczeństwa, był człowiekiem ogromnie zamożnym. Na widok pięknej dziewczyny wyciągał więc z kieszenie banknot 500 zł i demonstracyjnie przekładał go do drugiej kieszeni. Jeśli to nie wystarczało, to ofiarowywał wybrance jeden szykowny pantofelek zapewniając, że drugi do pary otrzyma rankiem, po spędzeniu z nim nocy. Z czasem, gdy zaprzyjaźnił się z nim Adam Pawlikowski, aktor znany m. in. z „Popiołu i diamentu”, przystojny aktor pomagał niezbyt urodziwemu krezusowi w podrywaniu dziewczyn.

W pobliżu tych celebrytów sadowiły się panie nie szczędzące swych wdzięków, np. Iza Drabina (zwana tak z powodu wysokiego wzrostu), która nosiła złote kolczyki wykonane z monet dwudziestodolarowych, słabość do artystów i utrzymanie jako dewizowa panienka do towarzystwa (w tym wypadku okazywała słabość do Włochów) i Krystyna M. (z dobrej rodziny) oferująca chętnym szybki seks i wizytę w przychodni wenerologicznej w bonusie.

Polecamy