Kobra

Jacek Szczerba
01.06.2016 14:10
A A A
Teatr -

Teatr - "Bracia Rico" (Fot.: ZYGMUNT JANUSZEWSKI)

Angielska wieś w Pruszkowie, Londyn na Placu Defilad. W PRL czwartkowy wieczór należał w TVP do kryminalnych spektakli teatru Kobra. W 1974 r. ogłoszono, że to najpopularniejszy program telewizyjny - miał 95-procentową oglądalność. Filmy zaledwie 60-procentową. Pierwsze przedstawienie - „Zatrute litery” według Agathy Christie - wyreżyserował Adam Hanuszkiewicz w 1956 roku.

Marek Piwowski (reżyser): Wykopiowałem z kronik filmowych fragmenty o Harlemie i wstawiłem je do „Braci Ricco” (1975) Simenona. Potem specjalna komisja przesłuchiwała kierownika produkcji, ile wydał na podróż zagraniczną.

Janusz Majewski (reżyser): Gdy robiłem „Anatomię morderstwa” (1982) Winera, sfilmowaną wcześniej przez Premingera, w studiu stanęła replika amerykańskiej sali sądowej. Redakcję „Expressu Wieczornego” przemeblowaliśmy na wzór siedziby amerykańskiej gazety. Rozłożyliśmy pożyczone w ambasadzie USA książki telefoniczne i kalendarze. (...)

Majewski: „Pustą kołyskę” (1965) kręciliśmy na Mazurach. Od londyńskiego korespondenta w Warszawie pożyczyliśmy angielską taksówkę, którą sobie sprowadził. Gdy jechała topolową aleją, Mazury wyglądały jak angielska wieś.

Jan Bratkowski (reżyser): W „Szalu” (1970) zejście do londyńskiego metra udawaliśmy na placu Defilad, a angielską prowincję w Pruszkowie. Musieliśmy sprytnie ukrywać, że kierownica w samochodzie nie jest po prawej stronie.

Jerzy Gruza (reżyser): Zrobiłem w 1964 roku coś takiego - „Pomyłka, proszę się rozłączyć” („Sorry, wrong number”) Fletcher. Rzecz działa się w sypialni starszej, sparaliżowanej kobiety, która czuła, że chce ją zaatakować bandyta. Próbowała o tym zawiadomić znajomych, przyjaciół, policję. Bohaterkę fenomenalnie grała Aleksandra Śląska. Spektakl wywołał histeryczne reakcje - uważano, że to się dzieje naprawdę, proszono, żeby przerwać nadawanie, samotne panie, które to oglądały, dzwoniły na milicję. (...)

A co z MO? 

Angielskie kryminały, amerykańskie thrillery, polscy pisarze piszący pod pseudonimami o Zachodzie - to wszystko wzbudziło zaniepokojenie kierownictwa telewizji - a gdzie są historie sławiące rodzimą milicję? Twórczyni Kobry Illa Genachow mówiła w 1961 r. tygodnikowi „Ekran”: „Nasi autorzy zapowiadają odejście od szablonu kryminału i sygnalizują tematykę przestępstw gospodarczych, nadużyć i znachorstwa panującego ciągle na wsiach”. Informowała żartobliwie: „Otrzymujemy od 14-letnich autorów krwawe kryminały, w których przedstawiają walkę klas (!) na terenie szkoły”.

W 1969 r. telewizja wraz Komendą Główną MO rozpisała konkurs na widowisko sensacyjne. Powstawały Kobry milicyjne, jednak mimo fachowych porad wydziału śledczego zwykle nie były udane. Nic dziwnego, skoro nie przyznawano się wtedy oficjalnie, że istnieje u nas zorganizowana przestępczość. Lepiej wychodziły opowieści o walce służb PRL ze wstrętnymi zachodnimi wywiadami.

Andrzej Konic (reżyser): W „Pocztówce z Buenos Aires” (1966) Wydrzyńskiego nasz agent rozpracowywał zachodnią siatkę, która przeniknęła do Polski.

Barbara Borys-Damięcka (reżyser): „Pocztówka...” strasznie się podobała. Część akcji działa się w Ameryce Południowej. Musieliśmy mieć zgodę milicji i władz Warszawy na ucharakteryzowanie ulic. Palmy braliśmy z Pomarańczarni, do drzewek pomarańczowych przymocowywaliśmy dodatkowo dorodniejsze owoce. Kostiumy robiło się w kwiaty. (...)

W Kobrach wszędzie przylepiano nalepki Coca-Coli. Strasznie nachalnie. Scenograf miał obcykane miejsca w Warszawie, gdzie można było kręcić Zachód. Byli ludzie, którzy żyli z wynajmu amerykańskich samochodów.
Marek Piwowski

Więcej kina 

Bratkowski: Spektakle robiło się na taśmie czarno-białej. Mój ostatni, piąty serial w Kobrze - „Epidemia zbrodni” Willisa Halla - powstał w 1978 roku już w kolorze. A kolor nie pozwalał udawać angielskich miasteczek w Ursusie. Nie można było dłużej oszukiwać.

W latach 70. w Kobrach coraz mniej było teatru, a coraz więcej kina. Reżyserowali młodzi filmowcy, niektórzy, jak Feliks Falk (jako R.F. Lane), pisali też scenariusze.

Wojciech Marczewski (reżyser): „Przecież ty nie żyjesz” (1974) Morgan robiłem bez wstrętu, w innej niż dotychczas technice. Nie kręciliśmy w studiu, ale w domu na Saskiej Kępie pracowaliśmy szybko, dwiema kamerami. To była raczej klasyczna angielska zagadka niż strzelanina. Straszny był tylko montaż - gdy się zrobiło sklejkę i po kilku następnych chciało się tę pierwszą zmienić, trzeba było zniszczyć wszystkie późniejsze.

Bratkowski: Plan Kobry to było spore przedsięwzięcie - dwie ciężarówki sprzętu, stelaże, lampy. Czekałem kiedyś na załadunek przed gmachem telewizji. Obok stała młoda reżyserka tuż po szkole. Mówiła zalękniona: „Ależ tego dużo. Potem trzeba to będzie rozładować i dać sobie z tym radę”. Nazywała się Agnieszka Holland.

Dzień dobry, jestem z Kobry 

Kobrą nie gardzili nawet najwięksi aktorzy: Zbigniew Cybulski, Zofia Mrozowska, Andrzej Łapicki, Stanisław Jasiukiewicz (...).

Zakrzewski: W „Żonie z orchideami” Roman Wilhelmi swoją słabość przerobił na materiał aktorski. Przed zdjęciami powiedział: „Złapałem grypę. Biorę kupę leków i nieludzko się pocę”. „Wykorzystajmy to jakoś” - odpowiedziałem. No i Romek zagrał detektywa, który się poci, bez przerwy zdejmuje kapelusz i ociera czoło chusteczką. Jest rozkojarzony, musi pracować, a najchętniej położyłby się do łóżka.

Piwowski: Na Marlowe'a w spektaklu „Kłopoty to moja specjalność" (1977) Chandlera wziąłem Jerzego Dobrowolskiego. Głównie z powodu jego ironii, to on ukuł powiedzenie: „Dzień dobry, jestem z Kobry”. Od Jurka biło coś fajnego. Miał w sobie nieprzemakalność na to, co się dzieje dookoła. Zaimponował mi zwłaszcza w 1968 r., mówiąc, że ma dość zakrętów historii i emigruje. Powiedziałem: „Gdzie ty wyemigrujesz?! Nie znasz żadnego obcego języka, a przecież pracujesz w języku”. On na to: „Wyemigruję do Szwajcarii, bo nie znam trzech obcych języków”.

Żegnaj, Kobro... 

Kobry oglądały i przeżywały miliony. Józef Słotwiński, który wyreżyserował ponad sto Kobr, był świadkiem, jak w tatrzańskiej świetlicy górale zakładali się o pieniądze, kto zabił.

Opinie po spektaklach były jednak różne. (...) „Ekran” w 1975 r. kpił, że Kobry „ukazują amerykański czy brytyjski świat wielkiego biznesu i high life'u na zasadzie >>jak sobie mały Jaś wyobraża Amerykę<<”. Trzy lata później na przykładzie spektaklu „Przysługa za przysługę” dziennikarka „Słowa Powszechnego” wyliczała nonsensy Kobr dziejących się w Polsce: „Lekarz pracujący w pogotowiu po otrzymaniu - w czasie dyżuru - telefonu od dziewczyny rusza do niej prawie natychmiast sanitarką. (...) Bohater bierze taksówkę i jeździ nią od rana do nocy po Warszawie w poszukiwaniu podejrzanego osobnika. Skąd ma na to pieniądze? Gdzie znaleźć takiego taksówkarza? W Kobrze przeciętny obywatel mieszka albo w willi, albo co najmniej w M-6, urządzonych bądź antykami, bądź przez awangardowego plastyka. Ulubionym napojem kół przestępczych okazuje się whisky, natomiast organy śledcze preferują kawę”.

Jednak Kobra umarła nie z powodu złych recenzji. Wyparły ją w latach 70. amerykańskie seriale kryminalne - „Kojak”, „Columbo” i „Aniołki Charliego” - w których można było zobaczyć prawdziwy Zachód. Zbrodnią po polsku zajął się po Kobrze serial „07, zgłoś się”, a po 1989 r. rolę tę przejęła „Ekstradycja”.

Polecamy