Siedem rolek na... głowę

Piotr Lipiński
26.09.2016 17:16
A A A
Jelenia Góra w 1987 roku.

Jelenia Góra w 1987 roku. (fot. JERZY MICHALSKI)

Trzeba było na nią polować, a potem wystać w kolejce. Wszyscy jej pożądali, szczególnie gdy udawali się tam, gdzie król chadza piechotą. Szara rolka papieru toaletowego stała się królową PRL-u. Aby zaspokoić swoją potrzebę, królową trzeba było upolować: najpierw namierzyć, a potem wystać.

W PRL-u brakowało nie tylko mięsa, cukru i sznurka do snopowiązałek – ale też papieru toaletowego. Filmowcy z Polskiej Kroniki Filmowej przeprowadzili śledztwo i ustalili, że na głowę – choć raczej nie o głowę chodziło – Polaka przypadało rocznie siedem rolek. Czyli około metra papieru toaletowego dziennie. Trochę mało. (...)

Gdzie pani zdobyła ten skarb?

Papier toaletowy nasiąkł polityczną „odwilżą” w 1956 roku – wówczas oficjalnie można było powiedzieć, że Polakom w ubikacjach nie wystarczają gazety, ale pragną czegoś więcej. Polska Kronika Filmowa, która do tej pory śledziła postępy budowy Nowej Huty, nakręciła materiał o papierze toaletowym. Kiedy na ekranie pokazywała się kobieta niosąca kilka rolek, narrator żartobliwie czytał: Co to? Patrzcie! Proszę pani, proszę pani, gdzie pani zdobyła ten skarb? Powtarzając słowa Wiecha, życzymy sobie wszyscy, by ten papier przestał być papierem wartościowym.

Tymczasem ten papier wartościowy zwany był już towarem deficytowym. (...) Polacy
żartowali – co to jest: idąca ulicą kobieta niesie deficyt w deficycie? Szynka owinięta w
papier toaletowy! – Pożądanie królowej PRL-u nigdy się nie zmniejszało – pamięta aktorka Zofia Czerwińska. – To nie było jak ze starą żoną. Papier toaletowy był zawsze młodą, pożądaną żoną.

Komórka racjonalizująca

Ustalenia władzy, dlaczego brakuje papieru toaletowego, były proste: papieru brakuje, gdyż jest go za mało. A co zrobić, żeby było więcej? Rozwiązanie okazało się równie proste: mniej zużywać. Jak? Na przykład pisząc mniejszymi literami. W województwie gdańskim w szkolnych zeszytach zmniejszono odstępy między linijkami. Dzieci więc wzmacniały gospodarkę socjalistyczną, kreśląc drobniejsze litery. Telewizja chwaliła pomysł: „Dzięki temu zeszytów zużywa się tu o połowę, to jest o 10 ton mniej, a dzieci piszą ładniej i szybciej”. Niestety, pozostałe 48 województw nie zmniejszyło linijek wzorem województwa gdańskiego. Papieru wciąż brakowało.

Władze sięgnęły po ostateczne rozwiązanie – powołano komisję. Powstała w latach 60. i nazywała się Komisją Racjonalizacji Druków przy Polskim Komitecie Normalizacyjnym. Prasa donosiła: z formularza „żądanie zapłaty” usunięto dwie rubryki, a efekt przeszedł
najśmielsze oczekiwania – rocznie zaoszczędzono 102 tony papieru. W każdym resorcie powołano więc specjalną komórkę racjonalizującą zużycie papieru. Już wkrótce Ministerstwo Rolnictwa zaoszczędziło 20 ton papieru, zmniejszając rozmiar „książki dziennej PGR”.

Po 20 latach działania Komisji papieru wciąż brakowało. Jej sekretarz w wywiadzie dla
„Życia Warszawy” w latach 80. piętnował druk kolorowego folderu zakładów Predom, bo przecież odkurzaczy i tak nie dawało się nigdzie kupić. A także druk „Instrukcji numer jeden obiegu dokumentów i opakowań jajczarskich”, zawierającej 22 wzory formularzy, na których rejestrowano każde jajko w drodze od kury do sklepu. Do wstrzemięźliwości papierowej nawoływał sam premier Piotr Jaroszewicz podczas zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: „Pomimo poprawy w zaopatrzeniu musimy jednak wobec stale rosnących potrzeb nadal oszczędnie gospodarować papierem, tekturą i opakowaniami”. (...)

Winny każdy Polak

Kto odpowiadał za niedobory papieru toaletowego? (...) Telewizja podejrzewała, że wykupują go drobni handlarze, którzy potem sprzedają go na bazarach po zawyżonych cenach. Wytłumaczenie było jednak głębsze. Winny powinien poczuć się każdy Polak! I to wcale nie  dlatego, że zużywał zbyt wiele papieru toaletowego. Ale dlatego, że. zbyt mało oddawał makulatury.

Zofia Czerwińska zapamiętała pewnego profesora na poważnym stanowisku, który starał się wywiązywać z powierzonych zadań najusilniej, jak potrafił. Jego dzieci już dorosły, a profesor wciąż trzymał w domu dziecięcy wózek. Raz w miesiącu pakował do niego makulaturę zebraną od wszystkich sąsiadów i pchał wózek do punktu skupu surowców wtórnych. Za oddaną makulaturę odbierał rolki papieru toaletowego, które po powrocie do kamienicy sprawiedliwie rozdzielał między sąsiadów. (...)

W drugiej połowie lat 80. do państwowej Telewizji Polskiej – jedynej, jaka wówczas istniała – napisał listowną prośbę inwalida z Dolnego Śląska: „Jestem niewidomy, obszedłem całą Legnicę – 3 miesiące i nie mogę dostać kremu do golenia. Przychodzą do mnie lekarze i pytają, dlaczego się nie golę, więc powiadam, dlaczego. Proszę o skierowanie, ażebym mógł kupić krem do golenia. Jeszcze raz pana błagam”. Tydzień później napisał raz jeszcze, dzięki czemu wiemy, że ówczesna telewizja mogła spowodować dostawę kremu do golenia: „Dziękuję z całego serca, życzę dużo zdrowia. Ja nie chodzę i nie widzę 6 lat. Bardzo dziękuję, ponieważ otrzymałem krem do golenia, tylko mam trudności z papierem toaletowym”.

Sygnałem był plan centralny

A właściwie dlaczego, po ludzku mówiąc, brakowało papieru toaletowego? Po ludzku
mówiąc – wyjaśnić się nie da.

– Wielkość produkcji papieru była określona z góry, przez plan centralny – tłumaczy były wicepremier Zdzisław Sadowski. – Nie było wolnego rynku, więc nie mógł zarządzać produkcja papieru toaletowego – i innego zresztą też. Ludzie potrzebowali więcej papieru toaletowego, ale to nie stanowiło wystarczającego sygnału dla fabryk, żeby zwiększyć produkcję. Sygnałem był plan centralny. A ten trzymał się ideologii, nie zaś rzeczywistości. (...)

Leopold Tyrmand w „Cywilizacji komunizmu” przedstawił własne wyjaśnienie. Według
niego planową gospodarką komunistyczną kierowała zasada ważności, a nie potrzeby. Ludzie co prawda potrzebowali papieru toaletowego, ale teoretycy komunizmu nie przywiązywali wystarczającej wagi do niego. Ważniejsza była walka o pokój niż o łazienkę. Komunizm mógł się obyć bez papieru toaletowego. (...)

Po przełomie 1989 roku w sklepach pojawił się kolorowy papier toaletowy, parkany i mury oblepiły się papierowymi ulotkami i reklamami, księgarnie utonęły w powodzi tytułów. Ale skąd właściwie wówczas wziął się papier? Z prywatnych firm, których wcześniej nie było. (...)

Polak potrafił!

Polacy robili papier toaletowy w domach. Stronę gazety należało zgnieść w kulę i następnie rozprostować. I znowu zgnieść. Tak kilka razy. Niestety, poza tym że był to produkt mało delikatny, to brudził pośladki farbą drukarską. Domowej roboty papier można było też zrobić z kolorowych pism. Na początek trzeba było namoczyć papier, później wysuszyć, zgnieść, rozprostować i pociąć.

Polecamy