Jak żeśmy się uchowali?

red.
27.06.2016 08:58
A A A
Dzieci w żłobku przy ulicy Kmicica, Warszawa, 10.12.1979.

Dzieci w żłobku przy ulicy Kmicica, Warszawa, 10.12.1979. (Fot.: ANDRZEJ MARZEC)

Automatyczna pralka, jednorazowe pieluchy, foteliki samochodowe, kosmetyki pielęgnacyjne - aż dziw, że w latach 50., 60. i 70. udawało się rodzicom i dzieciom przeżyć bez tych wszystkich akcesoriów. Dziś na pewno żyje się łatwiej, ale czy nie żal nam świata, który odszedł wraz z bajkami na celuloidowych kliszach?

Pranie

W połowie lat 70. pralki automatyczne były jeszcze rzadkością, nie każda młoda rodzina miała nawet Franię. Debiutująca mama potrzebowała co najmniej trzydziestu tetrowych pieluch, bo przecież zmieniało się je o wiele częściej niż jednorazowe. Do tego dochodziły pieluchy flanelowe, które wkładało się dodatkowo, aby utrzymać nóżki dziecka w szerokim rozkroku (profilaktyka stawów biodrowych). Posiadaczki pralek automatycznych musiały zgromadzić jeszcze więcej pieluch, bo gdy wsad był zbyt mały, pralka wyskakiwała na środek łazienki. Operacja „pielucha” nie kończyła się jedynie na praniu - zgodnie z zaleceniami poradnika „Małe dziecko” wysuszoną tetrę należało prasować - i to po obu stronach gorącym żelazkiem!

Ubranka

Na gołe ciałko obowiązkowo batystowy, zawiązywany na pleckach kaftanik, na to kaftanik flanelowy, a na nóżki śpiochy, zapinane na ramionach na guziki. O czymś takim jak bawełniane „body” czy pajacyki nikt nawet nie słyszał. Szczytem elegancji były trykotowe sweterki czy pelerynki, najlepiej udziergane na drutach. Nie znano zatrzasków ani rzepów. Gdy maluch nieco podrósł, ubierano go w bawełniane rajstopki (wielkim osiągnięciem były elastyczne, które nastały pod koniec lat 60.), flanelowe koszulki i barchanowe pumpy.

Podróż samochodem

No cóż, do bezpiecznych nie należała... Nie dość, że nie było fotelików samochodowych, na tylnym siedzeniu nie było nawet pasów. Dzieci podróżowały często na kolanach dorosłych. Czasem, „dla bezpieczeństwa” obkładano je poduszkami czy śpiworami.

Zabawki

Grzechotki z twardego plastiku w kolorze wyblakłego błękitu lub bieliźnianego różu, drewniane klocki (lub plastikowe podróbki lego, które jednak kiepsko do siebie pasowały), pluszaki wypchane trocinami... Jak się tym wszystkim bawić, zalecał w dziele „Wychowanie w rodzinie” słynny komunistyczny pedagog, Antoni Makarenko: „Lokomotywa w rękach chłopca kieruje jego wyobraźnię na zagadnienia transportu (...). Samochody powinny coś przewozić, wańka-wstańka dokądś jechać lub cokolwiek robić, lalki spać i czuwać, ubierać się i wstawać, chodzić z wizytami i podejmować w państwie zabawek jakąś pożyteczną robotę”...

Telewizja, radio, film

Ci, którzy telewizor mieli, oglądali na dobranoc Jacka i Agatkę, Gąskę Balbinkę, Misia z Okienka. Często wspólnie z dziećmi mniej zamożnych sąsiadów. W kinach odbywały się poranki dla dzieci, podczas których wyświetlano z reguły kilka krótkich filmów. Hity Disneya, takie jak np. „Kopciuszek” dotarły do Polski wiele lat po wyprodukowaniu ich w USA. Wizyty w kinie zastępowały domowe seanse bajek na kliszach wyświetlanych z projektorów: ebonitową „Bajkę” zastąpiła później nowocześniejsza „Ania”. W latach 60. i 70. realizowano wiele audycji radiowych dla dzieci - słuchowisk, programów muzycznych i edukacyjnych. Popularne były też płyty długogrające z bajkami.

Jedzenie

Niemowlaki: mieszanka mleczna z tzw. „niebieskiego” mleka w proszku. Dla starszych dzieci, aby była bardziej treściwa, polecano zagęszczać ją mąką pszenną lub kaszką manną. Zupki, które należało „wprowadzać” już od czwartego miesiąca życia dziecka przecierało się na sicie, miksery były prawdziwym luksusem. Mało któremu ze starszych dzieci udawało się uniknąć na śniadanie mlecznej zupy (czytaj: brei) z kaszką manną, ryżem, makaronem lub płatkami owsianymi. O kukurydzianych w latach 60. mało kto słyszał, jadano je tylko w amerykańskich filmach. Na obiad, oprócz mięsa i ziemniaków, dzieci dostawały jarzynkę: na zmianę gotowaną marchew, buraczki, szpinak lub surówkę: mizerię, pomidory z cebulą, kiszoną kapustę lub sałatę ze śmietaną.

Kosmetyki

Mydło i talk: na tym oferta kosmetyków dla dzieci w polskich drogeriach w zasadzie się kończyła. Pozostawał Pewex lu paczki zza granicy... OLiwka Bambino pojawiła się pod koniec lat 70., a szampon, który „myje bez łez” - jeszcze później. Do pielęgnacji niemowlęcia służył uniwersalny, kupowany w aptece linomag lub alantan. Chronił pupę przed odparzeniami, a buzię - przed chłodem i mrozem. Latem, zamiast kremem z filtrem smarowało się dzieci dermosanem - bo jak wierzono, słońce wtedy „szybciej chwyta”. Nie słyszało się w ogóle o zagrożeniach, jakie niosą ze sobą promienie UV, podkreślano raczej zbawienną rolę słońca w produkcji chroniącej przed krzywicą witaminy D.

Becik, chusta, nosidełko

Za najlepszy uchodził becik puchowy - bo przecież najcieplejszy. Co bardziej nowoczesne mamy preferowały twarde bety wypełnione trawą morską - miały one wpływać korzystnie ma młodziutki kręgosłup. Rodzic noszący dziecko w nosidełku czy plecaczku (przysyłała je czasem rodzina zza granicy) budził prawdziwą sensację. Chusty?! Nie było o nich mowy; kojarzyły się raczej z zacofaniem i biedą.

Mierzenie temperatury

Istniały wyłącznie termometry wypełnione rtęcią. Gdy taki się stłukł, cała rodzina goniła po podłodze srebrzyste kulki, nie zdając sobie nawet sprawy, jak bardzo są one toksyczne. Temperaturę wody do kąpieli dziecka sprawdzało się łokciem - ten sposób przetrwał do dziś i jest cały czas uważany za niezawodny.

Polecamy