Od kijanki do automatu

red.
02.05.2016 14:07
A A A

Fot.: mat. red.

Dopiero w XX wieku, i to w jego drugiej połowie, nastąpił przełom „w temacie prania”. Aż do lat 70. było to niezwykle ciężkie zajęcie, angażujące całe rodziny i wymagające przynajmniej jednego wolnego dnia. Dopiero pralki automatyczne odmieniły nasze życie.

A we wtorek ty masz w domu pranie

Szczęśliwym użytkownikom pralek automatycznych z wieloma programami prania, płukania, wirowania, a nawet suszenia, trudno sobie wyobrazić i przypomnieć, jak niegdyś dbało się o czystość tkanin.

Od strumienia do balii

Dawno, dawno temu kobiety na brzegiem rzeki czy strumienia moczyły szatki w zimnej wodzie. Wkrótce zauważono, że zabrudzenia lepiej schodzą, gdy usuwa się je piaskiem lub kiedy tkaniną uderza o skały czy kamienie. Po pewnym czasie pojawił się pierwszy cud techniki – kijanki. Bieliznę i ubrania namaczano, a potem bito je kijankami, by mechanicznie usunąć zmiękczony brud. Do prania dodawano niewielką ilość mieszanki popiołu i łoju (pierwowzór mydła).

Kolejne odkrycie to balia, która zastąpiła wartką rzekę lub spokojne jezioro. Ciepła woda stopniowo wypierała zimną, gdy zauważono, że podgrzana lepiej usuwa brud. Pierwsze prototypy tary powstały pod koniec XVIII wieku. Ten wynalazek znacznie ułatwił pranie. Tym, którzy go nie pamiętają, przypominamy – tara to prostokątny kawałek blachy falistej lub innej pofałdowanej powierzchni, umieszczony w drewnianej lub metalowej ramie. Brudną odzież lub bieliznę namaczano, a następnie tarto po powierzchni tary. Jej kariera była bardzo długa – tary używano jeszcze w drugiej połowie XX wieku; na dobre wyparły ją dopiero pralki elektryczne.

W poniedziałek, w poniedziałek ja nie mogęBo pomagam mamieA we wtorek. a we wtorek i w środęTy masz w domu pranie (...)Ale za to niedziela,Ale za to niedziela,Niedziela będzie dla nassł. Jacek Grań (Franciszek Walicki)

Zawód: praczka

Ale zanim pralkę wynaleziono, pranie było wyjątkowo ciężką harówką. Wykonywały ją przede wszystkim kobiety, ale do pomocy angażowano też męską siłę fizyczną. Wyobraźmy sobie noszenie wody, podgrzewanie jej, napełnianie wodą balii, opróżnianie, noszenie wody na płukanie. Tarcie często ciężkich, grubych tkanin na tarze, wyżymanie ich. Uff Nic dziwnego, że każdy, kogo było na to stać, wynajmował do tej ciężkiej pracy zawodową praczkę. Jeszcze w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia do prania zamawiało się profesjonalistkę, której pranie odzieży i pościeli zajmowało dzień lub dwa. Nic dziwnego, że w tych czasach panie domu miały znacznie więcej kompletów bielizny. Takie pranie odbywało się przecież raz na kilka miesięcy
Ale ten, kogo nie było stać na praczkę, musiał się zorganizować we własnym zakresie. Jeszcze w domach stawianych w pierwszych dekadach po II wojnie, budowano pralnie i suszarnie w piwnicach lub na strychach. Przez wiele lat w nich organizowano wielkie prania. Często, ze względu na uciążliwość, panie robiły to razem w większych grupach, piorąc wspólnie bieliznę kilku rodzin. Praca pracą, ale były to integrujące mieszkańców spotkania towarzyskie.

Nasza Frania kochana

Ta elektryczna pralka wirnikowa stała się prawdziwym wybawieniem dla wielu polskich rodzin. Popularną franię produkowano w Zakładach Wyrobów Metalowych SHL w Kielcach (tych samych, gdzie powstawały motocykle). Składała się z dwóch cylindrycznych komór wykonanych z emaliowanej blachy : w górnej części z wirnikiem umieszczonym w dnie umieszczało się bieliznę, dolna mieściła silnik elektryczny o mocy ok. 180 W . W oparciu o tę samą konstrukcję produkowano pralki w wielu wytwórniach i w kilku odmianach (np. z wyżymaczką, z elektryczną pompką opróżniającą zbiornik), z czasem jednak mianem „frani” nazywano wszystkie pralki wirnikowe.

Pranie we franiach wciąż pozostawało ciężką pracą – zbiornik trzeba było napełnić podgrzaną wodą, opróżnić go z wody, wyjąć mokre pranie, przekręcić je przez wyżymaczkę. Do noszenia wody i wyżymania najczęściej angażowani byli panowie. Pranie we frani wymagało poświecenia całego dnia.
Wydawałoby się, że franie bezapelacyjnie odeszły w przeszłość, ale nic bardziej mylnego. Pralki wirnikowe pod tą nazwą były produkowane przez firmę Emalia Olkusz do 2014 roku. Po upadku olkuskiej fabryki, markę tę odkupiła firma Kalisto z Myszkowa (gdzie kiedyś je produkowano). Obecnie firma sprzedaje rocznie około 500–600 sztuk pralek.
- Jest trochę zabawy z płukaniem i wirowaniem, ale podobnie jest z automatem; też muszę najpierw porządnie zaprać w ręku, a później użyć dobrego proszku - tłumaczy pani Stanisława, właścicielka frani. - Robiąc w niej pranie, nie musimy zmieniać za każdym razem wody i proszku. Pierzemy najpierw białe, wyciągamy i płuczemy w wannie, do tej samej wody wkładamy rzeczy kolorowe. Idealne rozwiązanie przy małym dziecku - dodaje Arek, również posiadacz frani.

Automatyczna rewolucja

Zupełnie inne życie zaczęło się w latach 70. wraz z pierwszą wyprodukowaną w Polsce pralką automatyczną. Był to POLAR PS 663 BIO „SUPERAUTOMAT”, wytwarzany przez Zakłady Zmechanizowanego Sprzętu Domowego „Polar” we Wrocławiu. Pralka miała kilka programów; można było zaprogramować pranie wstępne, zasadnicze, płukanie i wirowanie i niemal w każdej chwili zmodyfikować program. Od momentu wyprodukowania pierwszego egzemplarza, stała się marzeniem milionów polskich rodzin, zwłaszcza tych z małymi dziećmi i stosami tetrowych pieluch do uprania. Można to było zrobić w temperaturze 90 st. C. bez konieczności wygotowania. Co za ulga i ułatwienie! Pralka od razu stała się też upragnionym prezentem ślubnym. Jednak aby ją zdobyć, trzeba było odstać wiele dni a czaeem też nocy, bo sprawdzano obecność) w kolejce społecznej.

Pralka automatyczna ułatwiła nam życie, zaoszczędziła wiele czasu, wyeliminowała trud i wysiłek. Wszyscy ją za to kochamy. Niektórzy jednak marudzą, że od czasu, gdy pranie przestało być wyzwaniem, zubożało nasze życie towarzyskie i rodzinne

Moja Frania

Historia mojej Frani zaczęła się w mrocznych czasach PRL-u. Byłam młodą mężatką, pełną zapału, energii i entuzjazmu - pranie w misce nie było problemem. Potem urodziło nam się dziecko i problem lekko nabrzmiał. Koleżanka z pracy zaproponowała, że odda mi swoją wysłużoną już nieco pralkę, jej mąż kupił jedną z pierwszych pralek automatycznych. Początkowo stanęła w piwnicy, bo w pokoju, w którym mieszkaliśmy, nie było miejsca. Ale zmieniliśmy mieszkanie i zaczął się raj - prałam w pralce. Po kilku latach i nam udało się kupić pralkę automatyczną. Moja Frania została przesunięta w kąt. Mąż postanowił, że to on będzie prał w nowej pralce i... pierze! Aliści jako mężczyzna ma na głowie inne sprawy, więc często pranie czeka. Wtedy idę do łazienki i wrzucam drobiazgi do Frani. Jest niezawodna: przez 22 lata ani razu się nam nie zepsuła. Dziwią się znajomi i mówią: - Wyrzuć albo oddaj. Nie wyrzuca się ulubionej lalki ani misia bez ucha... - Elżbieta Ossolińska-Rives, Warszawa

Polecamy