Za żółtymi firankami

Adam Leszczyński
24.03.2016 09:33
A A A
Najcenniejszym dobrem było jednak mieszkanie, na które zwykle czekało się latami, chyba że dostało się przydział z puli zakładowej albo z innych uprzywilejowanych źródeł.

Najcenniejszym dobrem było jednak mieszkanie, na które zwykle czekało się latami, chyba że dostało się przydział z puli zakładowej albo z innych uprzywilejowanych źródeł. (Fot. POLFILM/EAST NEWS)

Władza ludowa od swego początku do końca rozdawała przywileje. W zrujnowanej Warszawie mieszkania otrzymywali od ręki nie tylko dygnitarze, ale także intelektualiści i naukowcy. Przydział na mieszkanie stanowił dobro najwyższe, ale było też mnóstwo innych marchewek.

Jesienią 1956 r. do redakcji poczytnego tygodnika "Po Prostu" piszącego śmiało o "wypaczeniach" i "odchyleniach" dopiero co minionej epoki przyszedł list ze Stalinogrodu (jak jeszcze nazywały się Katowice przemianowane tak po śmierci Stalina w 1953 r.). Czytelnik się skarżył, że przedstawiciele władzy w Stalinogrodzie jeżdżą sprowadzonymi za dewizy z Zachodu amerykańskimi chevroletami.

Bo powstanie „chevroletariat”

Czy polskie warszawy są gorsze? - pytał. - Pracowaliśmy z największą ofiarnością, aby dostarczyć miastu ziemniaków, aby nie zgniły w ziemi. Gdy dołączymy do tego codzienny trud górnika, hutnika i całej klasy robotniczej, nie będzie chyba zbyt wielką ofiarą ze strony pewnych obywateli, gdy dla dobra ogółu przesiądą się z angielskiego pluszu chevrolety [!] na polski plusz samochodu warszawa. Czytelnik dodawał, że jeśli nawet kapitaliści z Zachodu, z którymi Polska musi handlować, żądają, aby w ramach "transakcji łączonych" kupować od nich samochody, to należy wybierać te tańsze, a za pozostałe pieniądze sprowadzać motocykle dla wszystkich, ponieważ inaczej utworzy się zamknięty, urzędniczy "chevroletariat": W wyniku takiego postępowania np. żona ministra pojechałaby na wczasy ifą [samochód produkowany w NRD], a obok na szosie można by spotkać w znacznie większej ilości na motocyklach nauczycieli, pracowników fizycznych i umysłowych jadących również na wczasy. Jest to wprawdzie obraz wzięty z fantazji, nie widzę jednak powodu, dlaczego nie miałby on być wprowadzany w życie w najbliższej przyszłości.

Samochody służbowe, którymi poruszała się władza, stanowiły w latach 50. dobro nieosiągalne dla przeciętnego Polaka i wzbudzały zazdrość. Do "Po Prostu" przychodziło wiele listów na ten temat, których autorzy podnosili koszty utrzymywania dyrektorskich limuzyn i to, że są one wykorzystywane do celów prywatnych, np. do wyjazdów na wczasy. [...]

Mieszkania dla wybranych

Początki przywilejów sięgają początków Polski Ludowej, kiedy władze tworzyły system nagród i korzyści, by zapewnić sobie lojalność aparatu partyjnego oraz ludzi, których chciały sobie pozyskać. W zrujnowanej Warszawie mieszkania otrzymywali niemal od ręki nie tylko dygnitarze, ale także m.in. intelektualiści i naukowcy.

Kiedy prof. Leopold Infeld, wybitny fizyk, współpracownik Einsteina, wrócił do Polski z Kanady w 1950 r., czekało na niego gotowe i umeblowane mieszkanie w nowo wybudowanym domu przy ul. Mazowieckiej w Warszawie. W pisanych w 1963 r. pamiętnikach Infeld wspominał: Przyjechałem do Warszawy razem z Majewskim w niedzielę. Majewski miał klucz do mieszkania. Było ono na Mazowieckiej 7, na czwartym piętrze. [...] Mieszkanie było duże, czteropokojowe, umeblowane ciężkimi meblami w stylu raczej mieszczańskim. Z przyjemnością zauważyłem rzadkość podówczas w Polsce - telefon - i przygotowaną herbatę i kawę; naczynia, pościel, wszystko było w największym porządku. Ze wspomnień Infelda, który stworzył Instytut Fizyki Teoretycznej, nie wynika, na ile był świadom tego, jak bardzo jego warunki życiowe stawiały go w uprzywilejowanej pozycji wobec większości społeczeństwa.

Do końca PRL mieszkania pozostały dobrem wymarzonym i deficytowym. Na przykład według szacunków z 1971 r. przewidywano, że na 250 tys. rodzin oczekujących na mieszkania komunalne z puli rad narodowych w ciągu pięciu lat dostanie je 60-70 tys. Chociaż w dekadzie Gierka budowało się nawet 300 tys. mieszkań rocznie - dzięki ogromnym nakładom i technologii budowania bloków z wielkiej płyty - deficyt zawsze sięgał setek tysięcy, a czas oczekiwania potrafił sięgać 10-15 lat. Własną pulą mieszkań dysponował Urząd Rady Ministrów czy MSW - i szybsze otrzymanie własnego lokalu było ogromnym przywilejem, a także świadomą zachętą do pracy np. w Służbie Bezpieczeństwa.

"Konsumy" zamknięte, ale otwarte

Jednym z najbardziej widocznych i drażniących symboli przywilejów władzy w latach 50. były "konsumy", nazywane także "sklepami za żółtymi firankami". Często były pozbawione szyldów i umieszczone w miejscach, do których zwykły człowiek nie miał wstępu (np. na terenie jednostki wojskowej). Działały przy KC PZPR oraz przy komitetach wojewódzkich partii, a część partyjnych mogła w nich kupować to, czego na rynku nie było (w niektórych okresach nie było prawie niczego).

"Konsumy" przed likwidacją w 1956 r. miały własne gospodarstwa rolne, a nawet tuczarnie świń. Jeden z czytelników "Po prostu" tak opisywał sklep przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie:Nowootwarta [!] placówka jest starannie ukryta za barakiem i świeżo wzniesionym murem z żelazną bramą. Przedstawia ona sobą jednopiętrową kamienicę z biało polakierowanymi kratami w oknach. Przed przedsiębiorstwem tym stoi cały dzień [...] sznur samochodów, którymi panie oficerowe przyjechały na zakupy.

"Po Prostu" rozpoczęło kampanię przeciw "konsumom", drukując w 1956 r. demaskatorski artykuł i postulując likwidację tych sklepów . I rzeczywiście, w październiku 1956 r. sklepy te zostały zlikwidowane i przekazane zwykłym sieciom handlu detalicznego. Niemniej jednak wewnętrzny obieg handlowy dla uprzywilejowanych dalej istniał: do końca PRL działały sklepy dla wojskowych albo lepiej zaopatrzone stołówki dla aparatczyków przy komitetach partii. Według notatki z października 1956 r. odnalezionej w archiwum partii przez historyka Marcina Zarembę kierownictwo PZPR zdecydowało, aby zlikwidować prawo do korzystania z mebli i urządzeń domowych na koszt państwa i do utrzymywania pracownic domowych na etatach resortów; wprowadzić odpłatność przy wyjazdach na urlopy za granicę; znieść pokrywanie kosztów utrzymania mieszkania; ograniczyć liczbę aut przydzielonych do dyspozycji z dwóch do jednego; zaniechać dotychczasowej praktyki wydawania bezpłatnych biletów na premiery teatralne i kinowe. Przywileje jednak nie znikły - zostały tylko lepiej ukryte przed oczami "zwykłych obywateli".

tekst pochodzi z tygodnika Ale Historia, nr 44 z dn. 23.02 2015, całość dostępna na www.wyborcza.pl/alehistoria

Polecamy