SPATiF - tam, gdzie Hłasko przychodził z siekierą

Marek Luboński
05.02.2016 14:50
A A A
Restauracja U aktorow

Restauracja U aktorow (Fot. AGATA GRZYBOWSKA)

Po dawnej sławie tego lokalu mieszczącego się przy Alejach Ujazdowskich 45 w Warszawie pozostała już tylko legenda. Legenda która blakła, jak się zdaje, z roku na rok.

Już lata temu trójka sławnych dziś reżyserów – Andrzej Kostenko, Roman Polański i Jerzy Skolimowski – pozostawiła tam po sobie wpis: „To już nie te czasy, kiedy Hłasko przychodził tu z siekierą, ale nadal przyjemnie”.

Nie ulega wątpliwości, że w słynnym klubie Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu, popularnym SPATiF-ie, rozgrywały się przez trzy powojenne dziesięciolecia sceny o znaczeniu – tak jest! – historycznym. To tutaj słynny aktor Jan Świderski, po przeczytaniu złej recenzji Jana Kotta na swój temat, dał temu równie słynnemu krytykowi w szczękę, a pisarz Jerzy Putrament, pupil ludowej władzy, grywał w szachy z osobistym wrogiem Władysława Gomułki, Januszem szpotańskim. I choć lokal istnieje do dziś, po stanie wojennym nie odzyskał już dawnego kolorytu.

SPATiF-owa restauracja dzieliła się na stolikowe strefy: strefy wpływów, myśli, picia, myśli i picia, kompletnego niedostrzegania innych stref, wzajemnego podglądania, nie mówiąc już o – oczywistych – wszechobecnych tam strefach podsłuchiwania wiadomo przez jakie służby.

Najważniejszy był niewątpliwie stolik nestorów (nazywany „Mówią Wieki”), przy którym zasiadały takie tuzy, jak operator filmowy Stanisław Wohl, poeci Antoni Słonimski i Adam Ważyk czy Stefan Wiechecki „Wiech”. Jak pisał dziennikarz i bon vivant Janusz Atlas – była to swoista enklawa spokoju, kultury i dobrych obyczajów. „Zawsze ten jeden stolik pozostawał jakby pod ochroną – wspominał. – Kelnerki w pierwszej kolejności przyjmowały zamówienia i nawet kiedy wybuchała awantura, nie zahaczała nigdy o stolik staruszków”.

Strefa, w której władał błyskotliwy intelektualista, satyryk Janusz Minkiewicz, kompletnie (i z wzajemnością) nie zauważała strefy dowodzonej przez – też satyryka – Józefa Prutkowskiego, w której dominował dowcip biegunowo odmienny. Swoje stałe stoliki mieli też Andrzej Łapicki i Tadeusz Konwicki, Jerzy Gruza (z aktualną dziewczyną), czy Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach (ten ostatni do czasu, gdy naraził się szefowi lokalu, Włodzimierzowi Sidorowskiemu, wobec czego został skazany na wygnanie, za co się zresztą zemścił, nadając nazwisko pana S. granej przez siebie postaci w filmie „Rejs”).

Obowiązywała zasada: do stolików – zwłaszcza elitarnych – nie wypadało się dosiadać bez zaproszenia. By móc dołączyć do tego czy tamtego grona należało się czymś wyróżnić. Do nestorów mało kto w ogóle miał odwagę się zbliżyć. Do stolika Minkiewicza niby było łatwiej, ale na pytanie: – Czy można..? minio, jak nazywali go przyjaciele, odpowiadał: – Nie można Aktorkę Zofię Czerwińską, z którą znał się od lat, zaprosił dopiero wtedy, gdy dostrzegł, że jej riposty bywają ostrzejsze od brzytwy.

Bywali SPATiF-ie „wszyscy”. Bywali aktorzy, reżyserzy, pisarze, dziennikarze, sportowcy, kapusie i striptizerki z prowincji szukające mężów
Któregoś dnia w restauracyjnych progach zagościła Ale – po kolei.

Otóż – w dobrym tonie było dotarcie do klubu z fasonem, w równie fantazyjny sposób trzeba się też było w którymś momencie przenieść ze SPATiF-u do „Kameralnej” czy do klubu architektów na Foksal, do „Kamieniołomów” na Krakowskim Przedmieściu czy też do „Ścieku”, czyli klubu filmowców na Trębackiej. Nie wiedzieć czemu – bo przecież niedobór taksówek nie był jedynym powodem tego stanu rzeczy – całkiem sporo osób z owego towarzystwa ukochało sobie jako środek transportu miejskie polewaczki, a i one – tu już wiedzieć czemu – wyjątkowo chętnie pojawiały się w okolicach SPATiF-u w pewnych stałych porach.

– Któregoś wieczoru, kładąc przed kierowcą pieniądze zarządziłam: jedziemy do architektów, ale niech pan leje! – wspominała po latach jedna z najważniejszych bywalczyń lokalu, Zofia Czerwińska. – Nie będę lał – odparł kierowca. – Ja pana proszę, niech pan leje, bo jedzie z nami sama pani Danuta Rinn! – Ryn nie Ryn, nie będę lał! – Dlaczego? – zapytałyśmy obie. – Bo ja jestem SZCZOTKA!

Bogusz Bilewski przybył pewnego dnia do SPATiF-u śmieciarką. Przebił tym wszystkich. Zwłaszcza, że zaprosił jej załogę do środka. Nawet pan Franio – sławny tamtejszy szatniarz i wykidajło – z wrażenia nie zaprotestował, choć pewnie powinien. Pan Franio rządził się zresztą swoimi prawami, bo tak naprawdę był nie tylko szatniarzem, lecz powiernikiem, lewym kantorem wymiany walut, pożyczkodawcą i animatorem ukrywanych pod ladą hazardowych gier, słowem – całkiem mocarną instytucją
***
Słynny sportowy sprawozdawca Bohdan Tomaszewski zapamiętał, że rozmowy były pasjonujące. – Rodziły się spontanicznie, punktem wyjścia było najczęściej bieżące wydarzenie. ( ) Tamte spotkania poszerzyły moją wiedzę o literaturze, kabarecie, a przede wszystkim o języku polskim. Myślę, że SPATiF był kontynuacją międzywojennej tradycji kawiarnianej.

Rzeczywiście – dyskutowano o kim i o czym tylko się dało: o Marszałku i o bitwie pod Lenino, o kursie dolara i światopoglądzie Kanta, o Gomułce i o Gierku, o wyższości muzyki naszego – naszego! – Chopina nad twórczością tego ponurego Wagnera. Pisarz Janusz Głowacki z właściwym sobie sarkazmem powiada jednak, że jeśli ktoś twierdzi, że to był klub dla dżentelmenów, to znaczy, że wychodził wcześniej.
Tak... Drugi świat SPATiF-u był miejscem szaleństw, areną malowniczych scen i hec, jak to kiedyś mawiano.

– Co wieczór po przedstawieniu podjeżdżał samochodem Bronek Pawlik – wspominał aktor Andrzej Łapicki. – Bufetowa nalewała mu setę. On kładł 20 zł, wypijał setę i wychodził, licząc na to, że zanim dojedzie do domu, do którego miał 200 metrów, alkohol nie zadziała. Raz pomyliła mu się kolejność: bufetowa mu nie nalała, on położył 20 zł, zobaczył pusty kieliszek i wyszedł, myśląc, że już wypił. Dziwił się potem bardzo, że nawet w domu nic nie poczuł.

Inna historyjka. Jest rok 1972. Władysław Komar, świeżo opromieniony sławą złotego medalisty Igrzysk Olimpijskich w Monachium w pchnięciu kulą staje w klubowych drzwiach, a Zofia Czerwińska na to: – Władek! Gdzieś ty się podziewał? Od dwóch tygodni nawet do nas nie zajrzałeś!

Słucham? Że takie anegdoty to w przedszkolu można opowiadać? OK, proszę bardzo, będzie mocny akord na koniec, aczkolwiek rzecz wydarzyła się nie tyle w progach lokalu, lecz tuż przed nimi. Oto którejś zimy pewien wybitny aktor – mając za audytorium dwóch milicjantów – odśpiewał tam utwór zaczynający się od słów „Na ch... mi te twoje kwiaty”, następnie zaś zrobił w śniegu tak zwanego orła. A ponieważ przy stoliku Janusza Minkiewicza obowiązywała zasada, w myśl której anegdoty opowiada się z nazwiskami, dodam iż aktorem tym był Tadeusz Łomnicki

Polecamy