Juliette Greco - Piękna, mroczna, zmysłowa...

Łukasz Kamiński
27.09.2016 15:55
A A A
JULIETTE GRECO

JULIETTE GRECO (fot. archiwum)

Związana z artystyczno-filozoficzną bohemą okupującą bary paryskiej Dzielnicy Łacińskiej, nie od razu zdobyła popularność. Masowa publiczność nie była przygotowana na jej zbyt intelektualne teksty, na mroczny i zmysłowy charakter piosenek. Wciąż pozostaje jedną z najważniejszych postaci francuskiej piosenki.

Gdy w 1962 roku odwiedzała Polskę, zajmował się nią, oprowadzał, zapowiadał koncerty nieżyjący już Lucjan Kydryński. „Pytałem, kto nadaje ostateczny kształt jej piosenkom, kto reżyseruje jej słynny >>balet rąk<<” - wspominał po latach rozmowy z piosenkarką. „Robię wszystko sama. Czasem w ciągu kilku godzin, czasem w ciągu tygodni. Staram się wówczas nie myśleć, nie panować nad gestami. Chcę, aby wynikały one zupełnie naturalnie, by podkreślały tekst w sposób, w jaki go podświadomie odczuwam, a nie narzucony jakimikolwiek względami. Jeśli jestem z nich zadowolona, pozostaję przy nich i nigdy już nie zmieniam. Przy tym właściwie nigdy nie widzę swych gestów w takiej formie, w jakiej odbierają je słuchacze, bo nigdy nie pracuję przed lustrem. Spoglądanie do lustra staram się w życiu ograniczać, ponieważ nie znoszę swojej twarzy. Nie lubię na nią patrzeć” - wyznała Greco Kydryńskiemu.

To zaskakujące dość wyznanie, biorąc pod uwagę, że Juliette Greco obok kariery
piosenkarskiej podbiła też kino. Zagrała w blisko 30 filmach, m.in. u Johna Hustona, Orsona Wellesa, Jean-Pierre'a Melville'a, Jeana Renoira.

Muza egzystencjalistów

Po raz pierwszy wystąpiła w 1949 r. w popularnej wśród bohemy paryskiej knajpie Le Boeuf sur le Toit w Dzielnicy Łacińskiej. Tego wieczoru rozpoczęła się jedna z największych karier w historii francuskiej muzyki popularnej. Zanim jednak Greco zajęła się śpiewem, grała w Comedie Francaise, prowadziła popularny program radiowy poświęcony poezji, a przede wszystkim bywała i balowała z Sartre'em, Simone de Beauvoir, Camusem, Jeanem Cocteau.

Najpopularniejszym po wojnie lokalem w Paryżu był Le Tabou, w którego zadymionym
niemiłosiernie wnętrzu przy dźwiękach jazzu przesiadywali do rana m.in. Jean Cocteau, Boris Vian czy, jeśli akurat był w mieście, Miles Davis. No i oczywiście sama Juliette Greco. W krótkim czasie stała się ikoną i twarzą (często trafiała na okładki gazet) całego ruchu egzystencjalistów.

Choć zachwycali się nią najwięksi, to nie od razu Greco podbiła serca Francuzów - do
większości nie przemawiały jej zbyt intelektualne teksty, nazbyt mroczny i zmysłowy
charakter piosenek. Po wojennej traumie ludzie pragnęli muzyki bardziej przystępnej, takiej, jaką oferowała np. Edith Piaf. Po kilku latach Greco zdobyła jednak należną jej sławę.

Zawsze miała szczęście i wyczucie do autorów tekstów i muzyków, z którymi
współpracowała. Teksty pisali dla niej najlepsi: Serge Gainsbourg, Charles Aznavour, Jacques Brel, Louis Aragon, Boris Vian. Przez wiele lat akompaniował jej pianista Gerard Jouannest, którego podkradła samemu Brelowi. Dziesięć lat temu zaskoczyła wszystkich, występując z młodszym od siebie o 48 lat raperem Abd al Malikiem.

Czarna syrena nocy

Greco zawsze była też mocno związana z polityką. Zawdzięcza to prawdopodobnie rodzicom, którzy walczyli w ruchu oporu, ale też własnemu przekornemu charakterowi. Kiedy mówi o wyzysku biednych, o nierównościach społecznych, nigdy nie bawi się w dyplomację. Kilka razy otarła się o niebezpieczeństwo. Podczas występu w Chile jeszcze za czasów reżimu Pinocheta Greco postanowiła zaśpiewać wszystkie swoje wolnościowe piosenki. Składająca się głównie z przedstawicieli wojskowych i rządowych publiczność najpierw oniemiała z oburzenia, potem wygwizdała piosenkarkę tak skutecznie, że ta musiała przerwać koncert.

W 2009 roku pieśniarka znów zawitała do Warszawy. Choć nie skakała, nie tańczyła, w każdą z kilkudziesięciu piosenek wkładała równie dużo pasji co siły. Każda - niezależnie czy o pięknej miłości, okrutnej wojnie czy o rozbieraniu - miała swoją dramaturgię, napięcie i punkty zwrotne. Każdej towarzyszył oczywiście charakterystyczny dla Greco „taniec rąk”. Jej głos miał już inną barwę, bardziej chropowatą, ale wciąż brzmiał mocno i pewnie. Wiele lat temu Lucjan Kydryński nazwał Juliette Greco czarną syreną nocy. Określenie to nadal pasuje jak ulał.

Piosenka to zajęcie fizyczne

Publikujemy fragment wywiadu, jakiego gwiazda udzieliła Łukaszowi Kamińskiemu w czasie wizyty w Polsce w 2009 roku.

ŁK: Powojenny Paryż był miejscem fermentu artystycznego. Wpływ artystów i
filozofów z tamtych lat jest odczuwalny do dziś. Czy dzisiejszy Paryż jest podobny?

JG: Nie, bo tego, co się wydarzyło po wojnie, nie da się z niczym porównać. Wraz z
wolnością odzyskaliśmy na nowo prawo do życia, zabierania głosu, do śmiechu. To był
moment wyjątkowy. Wybuchły wtedy dwie bomby. Pierwsza, wojenna, która przyniosła lata cierpień i ciszy. I ta druga, powojenna, wielka eksplozja talentów.

Jak wyglądała współpraca z takimi artystami, jak: Joseph Kosma, Serge Gainsbourg, Jacques Prevert, Jacques Brel?

- Spotykaliśmy się w Tabou albo Cafe Flore. Kiedy Jacques Prevert dzwonił do mnie,
zbiegałam do telefonu z mojego poddasza. Mówił: „Greco, chciałbym się z panią spotkać”.

Miałam do niego wielki szacunek, a on otaczał mnie czułością. To było coś wyjątkowego: dorośli zwrócili się ku dzieciom, słuchali i te dzieci zostały usłyszane. Byłam wtedy bardzo młoda, miałam 16-18 lat, a Sartre rozmawiał ze mną jak z dorosłą osobą. Taki niesamowity moment porozumienia, odpowiedzialności dorosłych za pokolenie młodych. To był bardzo piękny, magiczny moment. Kiedy pieniądze i chęć zysku nic nie znaczyły, ważne było ludzkie porozumienie. Wspaniałe czasy. Wspaniałe też dlatego, że były to czasy bez telewizji. Ludzie czytali gazety, chodzili do kina, słuchali radia. Nie było tabloidów ani skandali. Moje piosenki były efektem medytacji i wyczerpującej pracy. Wszystkie te wspaniałe osobowości, z którymi pracowałam, to nie były sławy w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Nikt się wtedy nie uważał za gwiazdę! To było pojęcie, które nie istniało, my nie byliśmy częścią show-biznesu (śmiech).

Grała pani też w filmach. Jak bardzo różnią się te dwa środki wyrazu? Czy kariery
muzyczna i filmowa w jakiś sposób się uzupełniały, czy były kompletnie różnymi
światami?

- To są zupełnie dwie inne rzeczy. Kino to świat cierpliwości, skupienia. A piosenka to zajęcie bardziej fizyczne, z krwi i kości, bezpośredni kontakt z widzem. Każdy z tych światów był pasjonujący.

Zawsze była pani zaangażowana politycznie i społecznie, a pani występ w Chile
przeszedł już do historii nie tyle muzycznej, ile politycznej właśnie. Czy artyści mają obowiązek głośno mówić o problemach współczesnego świata? A może to kwestia wojennych, bohaterskich doświadczeń pani rodziny?

- Też, i moich własnych. Taka postawa wynika z mojego temperamentu. Z tym że nigdy nie mówiłam o tych problemach głośno. Zawsze cicho i spokojnie. Bo myślę, że to jest jedyny sposób na to, żeby być wysłuchaną. Im bardziej krzyczysz, tym mniej cię słuchają. I myślę, że miłość i delikatność są silniejsze niż hałas i nienawiść.
To moja natura, nie mogę patrzeć na niesprawiedliwość od najmłodszych lat. Złościło mnie, kiedy widziałam kobiety, które od zawsze miały inne prawa niż mężczyźni, jeśli chodzi o styl  życia, pieniądze, pracę. Takie poglądy nie pojawiły się w moim życiu wraz z politycznymi hasłami, taka byłam od zawsze. 

Polecamy