Irena Kwiatkowska "Warunków pani nie ma". Ostatni wywiad

tekst ukazał się w Gazecie Telewizyjnej z dnia 19/02/2010
27.09.2016 15:42
A A A
'Jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję' - mówiła w 'Czterdziestolatku'. To
mogłoby być credo wielkiej aktorki, która zmarła 3 marca 2011 roku w wieku 98 lat.

'Jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję' - mówiła w 'Czterdziestolatku'. To mogłoby być credo wielkiej aktorki, która zmarła 3 marca 2011 roku w wieku 98 lat. (fot. archiwum)

Była gwiazdą Kabaretu Starszych, Hermenegildą Kociubińską z Teatrzyku Zielona Gęś Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, mamą Pawła w serialu "Wojna domowa", kobietą pracującą w "Czterdziestolatku". W radiu brylowała w audycji "Plastusiowy pamiętnik". Obsypywana nagrodami, w 1994 r. przeszła na emeryturę, ale wciąż występowała. Mówiła: "A kiedy już stanę się prawdziwą emerytką, chciałabym pracować w warszawskich Łazienkach, jako sprzątaczka, i grabić liście". Publikujemy jeden z ostatnich wywiadów, jakiego udzieliła Gazecie Telewizyjnej w 2009 roku.

Irena Kwiatkowska: Uprzedzam, że nie opowiem anegdot z filmu i teatru.

Grzegorz Sroczyński: Dlaczego?

Nie lubię wracać do przeszłości.

Myślałem, że ma pani same dobre wspomnienia.

Nawet jeśli, to nie zamierzam nimi żyć. Niech pan spojrzy na ten regał - nie wzięłam ze sobą do Skolimowa żadnych pamiątek, nawet jednego starego zdjęcia. Proszę pytać tylko o to, co jest dzisiaj.

Czy dzisiaj świat jest gorszy niż 97 lat temu, kiedy się pani urodziła?

Nie sądzę.

Bardziej byle jaki? Szybki?

Zawsze taki był. Z występów w telewizji 40 lat temu pamiętam plątaninę kabli, bałagan i
krzyki, że na nic nie ma czasu.

Węgierski pisarz Sándor Márai im był starszy, tym gorszy świat widział wokół siebie. Pisał: ”Już nie ma piękna, tylko gorzej lub lepiej opakowany towar”. Nie jest tak?

Nie krytykuję dzisiejszego świata. Jak mi się coś nie podoba, to mówię: taka jest teraz moda, zaraz przejdzie.

I przechodzi?

Tak. Wystarczy poczekać 30, 40 lat.

Co robić, żeby na starość nie czuć się jak Sándor Márai?

Nie trzymać na regale pamiątek.

I co to daje?

Łatwiej się pilnować, żeby nie żyć przeszłością. Wielu ludzi tylko pozornie żyje tu i teraz, w rzeczywistości są mieszkańcami odległych czasów. Jedni żyją pięć lat temu, inni 20 albo nawet 50. Rozpamiętują.

To złe?

Złe. Teraźniejszość przechodzi koło nosa. Dzisiaj na obiad było do wyboru: ryba albo kotlet. Wybrałam rybę. I zamiast zajadać ją ze smakiem, siedzę nad talerzem i płaczę, że może jednak kotlet byłby smaczniejszy. Bez sensu. Ani nie zjem kotleta, ani nie nacieszę się smakiem ryby. Żeby być szczęśliwym, trzeba kurczowo trzymać się teraźniejszości.

Jak wygląda pani dzień w Domu Aktora w Skolimowie?

Modlitwa, śniadanie, spacer. Obiad, drzemka, spacer, modlitwa. Kolacja, modlitwa.

Nie jest nudno?

Nie. Nauczyłam się zachwycać przyrodą. Pączek na drzewie, kwiat, ptak, kot - to są sprawy bardzo zajmujące.

Telewizja?

Rzadko oglądam.

A jak idzie film z panią?

Nie lubię patrzeć. Po co mam się martwić, że można było zagrać lepiej?

Nie można zagrać lepiej niż pani.

Oczywiście, że można. Prawie zawsze byłam z siebie niezadowolona.

Słucham?

Wychodziłam z teatru i modliłam się: „Panie Boże, przepraszam, że tak fatalnie grałam, że nie byłam skupiona”.

Wszystkim innym się podobało.

Nie wiem.

Ktoś podobno zemdlał ze śmiechu, jak zobaczył „Żonę Wacia”.

Nie pamiętam, nie sądzę.

Zelwerowicz powiedział: „Byłem chyba niezłym pedagogiem, skoro uczyłem aktorstwa Irenę Kwiatkowską”.

Jak kończyłam szkołę aktorską w 1935 roku, to mi powiedział: „Warunków pani nie ma,
trzeba dużo pracować”. Miał rację.

Gałczyński specjalnie dla pani ulepszał swoje monologi.

Naprawdę?

Jak się pani udało tak dużo w życiu osiągnąć?

Praca, praca. A potem znowu praca.

A talent? Nie pomaga?

Talent zmusza do pracy. Człowiek utalentowany wie, że mógłby zrobić coś lepiej. A potem jeszcze lepiej.

„Lepszej aktorki nie było i lepszej nie będzie”.Konstatnty Ildefons Gałczyński

Jerzy Gruza twierdzi, że znała pani role wszystkich postaci na planie.

Przecież trzeba znać całość scenariusza, inaczej nic się nie zrozumie.

Ale żeby zaraz na pamięć?

Jak się kombinuje nad relacjami swojej postaci z innymi, to w końcu dla wygody człowiek się nauczy.

W teatrze przed premierą zamęczała pani kolegów: „A może powinnam ten kawałek odrobinę mocniej powiedzieć? Powiedz, co sądzisz?”. Uciekali przed panią.

Tak było.

A po premierze przepraszała pani Boga, że była nie dość dobra?

Tak.

Można zwariować.

Nie umiałam inaczej.

Aktorzy w serialach chodzą dziś z kartkami w kieszeniach.

Legendy. Dobry serial to ciężka praca.

Po co pracować solidnie, skoro można byle jak?

Pracując solidnie, porządkuje się świat.

Praca jest w życiu najważniejsza?

Dla mnie - była.

Co jeszcze poza pracowitością pomaga odnieść w życiu sukces?

Odwaga. Nawet pan nie podejrzewa, jak bardzo odwaga mi pomogła.

W czasie Powstania?

A skąd! Wtedy to człowiek się nie zastanawiał. Wiedział, że ma zanieść meldunek na czas. Odwaga bardziej przydaje się w normalnych czasach.

Do czego?

W zwykłym życiu wszystko łatwo się rozłazi. Możesz mieć wielkie plany, ale ciągle słyszysz, że lepiej dać sobie spokój: „to nie dla ciebie”, „nie wypada”. I wtedy potrzebna jest odwaga.

Dziewczyna z robotniczej kamienicy przy Grzybowskiej w Warszawie idzie na egzamin do szkoły teatralnej. To była odwaga?

Tak. Na egzaminie Zelwerowicz krzyknął: „Rozsypały się pani ziemniaki”. I musiałam
zbierać te wyimaginowane ziemniaki.

Rodzice próbowali wybić pani z głowy aktorstwo?

Wiedzieli, że i tak postawię na swoim. Odwaga. Pracowitość i odwaga - to pozwalało mi żyć. I na tym skończę, bo nie chcę już żadnych wspomnień. Rozpamiętujemy, a tego nie lubię.

Czterdziestoletni Márai - jeszcze niepokłócony ze światem - pisał: „A jeśli dożyję 86 lat? Czy więcej będę wiedział? Więcej będzie pewności w moich przypuszczeniach na temat Boga, ludzi, natury i świata nadprzyrodzonego?”. Wie się więcej?

Mnie się zdaje, że nie zyskuje się tej tajemnej wiedzy.

A co myśli 97-letni człowiek, jak patrzy na wojnę w dawnej Jugosławii czy płonące wieże WTC?

Nie patrzyłam w telewizorze na płonące wieże, nie chciałam. Ale myślałam, dlaczego takie rzeczy się dzieją.

I dlaczego?

Nie wiem. Nie wszystko musisz wiedzieć - mówił mi mój Bolek (Bolesław Kielski, mąż
artystki, przyp. red.). To wielka ulga dla człowieka.

Co dalej?

Chciałoby się spokojnie odejść. Ludzie kiedyś mniej bali się śmierci, zwyczajnie o niej
rozmawiali. Oto śmierć szczęśliwa - mówili - pomodliła się, odwróciła do ściany i umarła
jakby we śnie.

Polecamy