Przerwane dzieciństwo Michaela Jacksona

Robert Leszczyński (tekst pochodzi z archiwum Gazety Wyborczej)
26.09.2016 16:59
A A A

fot. archiwum

Dzięki telewizji satelitarnej stał się najpopularniejszym artystą wszech czasów. Jego piosenki i koncerty biły rekordy popularności, robił najdroższe wideoklipy i podpisywał najwyższe kontrakty reklamowe w dziejach show businessu - przemysłu, który w USA przynosi większe dochody niż przemysł zbrojeniowy. Zmarły przed siedmioma laty, pod koniec sierpnia obchodziłby 58 urodziny. Przypominamy początki jego kariery.

Wszystko zaczęło się w roku 1963, kiedy Joe Jackson, suwnicowy w stalowni w Gary, w stanie Indiana, zauważył niezwykły talent muzyczny u niektórych z dziewięciorga swoich dzieci i postawił na tę kartę. Niemal wszystkie pieniądze przeznaczał od tej pory na zakup instrumentów i sprzętu muzycznego. Nauczył swoich synów grać, śpiewać i tańczyć, dobierał i aranżował utwory. Sam był zresztą muzykiem - gitarzystą lokalnego zespołu grającego rythm and bluesa. Teraz każdą wolną chwilę spędzał na ćwiczeniach ze swymi dziećmi. Zespół, który stworzył, nazwał Jackson 5. Dla jego synów oznaczało to koniec dzieciństwa.

Od tej pory, prócz szkoły, były tylko intensywne próby do późnej nocy. Dzieci, po opadnięciu początkowej euforii, zauważyły, że ma to niewiele wspólnego z zabawą
w muzykę - surowy ojciec, z żelazną konsekwencją zmuszał ich do ciężkiej pracy. Po latach Michael Jackson powie, że ojciec go bił i że na jego widok robiło mu się niedobrze.

Skok na szczyt

Jak w bajce, lata wyrzeczeń i ciężkiej pracy przyniosły efekt - w roku 1969 wieloletni
kontrakt z zespołem podpisała słynna wytwórnia płytowa Motown. Z młodymi Jacksonami zaczęły pracować sztaby fachowców od muzyki, dykcji, choreografii, savoir-vivre'u, image'u i reklamy. Grupa najlepszych kompozytorów wytwórni przygotowała im repertuar. Zespół, a również ojciec, zostali całkowicie ubezwłasnowolnieni. Godzinę „zero” wyznaczono na listopad 1969 roku.

Sukces Jackson 5 przeszedł najśmielsze oczekiwania. Singiel „I Want You Back” w ciągu sześciu tygodni sprzedano w nakładzie dwóch milionów egzemplarzy. Następny singiel potrzebował na to już tylko trzech tygodni. Podobnie było z kolejnymi dwoma i albumem. Ruszyła machina: monstrualne trasy koncertowe w największych halach Ameryki, udział w programach i serialach telewizyjnych; stworzono nawet serial rysunkowy o Jacksonach. W centrum zainteresowania oczywiście pozostawał najmłodszy, najzdolniejszy i najładniejszy z nich - jedenastoletni Michael, śpiewający dziecinnym głosem o „dorosłej” miłości. Zadziwiał rewelacyjnymi warunkami głosowymi, wspaniałym tańcem i cechami charyzmatycznego showmana. Z dnia na dzień stał się idolem milionów młodych Amerykanów. Nie było więc mowy o prywatności, poruszaniu się bez ochrony, a pokazanie się w publicznym miejscu groziło rozszarpaniem przez fanów. Co działo się wówczas w głowie tego jedenastoletniego chłopca, można się tylko domyślać, ale skok z prowincjonalnej biedy na sam szczyt popularności usprawiedliwia chyba wszystkie jego późniejsze dziwactwa.

Chciał być najlepszy

Okres nieustannego powodzenia miał trwać jeszcze pięć lat. Zespół nagrał kilkanaście
albumów, wylansował tyle samo światowych przebojów, koncertował na stadionach całego świata. Potem z Michaelem zaczęły dziać się rzeczy, które często przytrafiają się nastoletnim chłopcom - po prostu wyrósł i skończył mu się status cudownego dziecka. Stał się dorosłym artystą i chciał sam mieć wpływ na swoją karierę, śpiewać własne piosenki. Tymczasem kontrakt z Motown uniemożliwiał to. Tu znowu pojawił się ojciec: w 1975 roku doprowadził do zerwania z Motown i podpisania kontraktu z Epic.

W roku 1977 Michael z powodzeniem zagrał rolę Stracha Na Wróble w filmie Sidneya
Lumeta „Wiz” - ekranizacji bajki „Czarodziej z Oz”. Na planie poznał Quincy Jonesa - autora muzyki do tego filmu, człowieka, który miał mieć ogromny wpływ na jego dalszą karierę. Michael od dzieciństwa był niesłychanie pracowity i ambitny, swoją karierę traktował jak misję od Boga. Chociaż znalazł się na szczycie, czuł, że jego chwila dopiero nadejdzie. Sam godzinami ćwiczył śpiew, trenował układy taneczne, podpatrywał innych artystów. Zaczął komponować i pisać teksty, śledził nowinki w technikach nagraniowych. Za wszelką cenę chciał być najlepszy.

W roku 1977 miał zaledwie 19 lat, ale ponad połowę życia spędził „w branży”, z czego
większość na topie, i doświadczeniem przerastał innych, o wiele starszych artystów. Czuł się na tyle silny, aby samemu pokierować swoją karierą. Przeczy to obiegowej opinii, że był bezwolną kukiełką w rękach bossów przemysłu fonograficznego. W wywiadach sprawiał wrażenie nieśmiałego dziecka, ale gdy chodziło o jego interesy lub karierę, okazywał się bezwzględny jak Al Capone. Jak rękawiczki zmieniał swoich menedżerów, producentów, realizatorów, muzyków i kompozytorów, bronił swojej odrębności, kłócąc się z ojcem i braćmi, zostawiając ich w końcu na lodzie. Na jego sukces pracowały sztaby fachowców, ale ostatnie słowo zawsze należało do niego.

Artysta totalny

Przełom lat 70. i 80. to intensywny rozwój nowych technik nagraniowych, które dodawały piosenkom nowoczesnego, dynamicznego i atrakcyjnego brzmienia. Jackson musiał zatrudnić kogoś, kto się na tym zna. Pierwszą decyzją, jaką podjął w swojej solowej karierze, był wybór Quincy Jonesa na producenta pierwszej płyty. W najlepszym studiu w Los Angeles rozpoczęli pracę nad albumem „Off The Wall”. Album ukazał się na rynku w sierpniu 1979 roku, sprzedając się w zawrotnej liczbie sześciu milionów egzemplarzy. Przyniósł cztery światowe przeboje i ustawił Jacksona wśród największych gwiazd muzyki pop. Sam Michael był jednak rozczarowany przyjęciem albumu - jego ambicje sięgały o wiele wyżej. Niemal natychmiast rozpoczął pracę nad następnym albumem - „Thriller”.

Wszystkie utwory z płyty stały się przebojami. Michael Jackson stał się największą gwiazdą wszech czasów według wszystkich mierzalnych kryteriów - liczby sprzedanych albumów, singli, liczby przebojów, zdobytych nagród, audytoriów na koncertach oraz pozycji na listach przebojów. Przede wszystkim jednak był pierwszym „artystą totalnym” - na jego przykładzie widzimy, jak wszystko - kompozycje, teksty, śpiew, aranżacje, taniec, koncerty, wideoklipy, książkowa autobiografia, filmy, produkcja studyjna, sesje fotograficzne, projekty okładek płyt, plakaty, ubiory, fryzury, operacje plastyczne, dziwactwa, wywiady, występy telewizyjne - składa się na kreację jednego produktu, którym nie jest bynajmniej muzyka. Jest nim sam Michael Jackson. Wiele spekulacji rodziło jego niezidentyfikowane życie seksualne. Brukowa prasa prześcigała się w domysłach, nie dając się nabrać na rzekome romanse z Dianą Ross, Liz Taylor czy
Brooke Shields. Sam twierdził, że kocha tylko dzieci i zwierzęta. To oraz jego dziecinne
zachowania, naiwność, uwielbienie zabawek i filmów Disneya czy Spielberga, psychologowie określali jako „kompleks Piotrusia Pana”, czyli lęk przed dorośnięciem, spowodowany przerwanym dzieciństwem.

Polecamy