Jacek Fedorowicz - "Będąc synem wroga ludu"

Rozmawiał Marian Dachniewski
12.09.2016 15:14
A A A
Całe moje życie ułożyło się na półce satyrycznej dlatego, że żyłem w PRL-u. Zawsze chciałem być dziennikarzem, nie dowcipkować. Ale był rok 1953, czyli apogeum stalinizmu i wiedziałem, że jeśli pójdę na dziennikarstwo, będę musiał robić obrzydliwe, propagandowe teksty. Więc wykorzystałem talencik plastyczny. Udało mi się zdać na malarstwo, a potem wybuchł październik i mogłem się zająć teatrem amatorskim. Zostałem wychowany na patriotę i to, co się działo w Polsce tzw. Ludowej, było dla mnie tragedią. Miałem potrzebę tłumaczenia rodakom, że socjalizm to nie jest najwspanialszy system na świecie. Bałem się, że jeśli propaganda komunistyczna będzie trwała latami, w końcu przerobi naród na modłę radziecką. I marzyłem o
tym, żeby się temu przeciwstawiać. Jedyną drogą, żeby skutecznie przekazywać swój
antysocjalizm, było ubieranie wszystkiego w satyrę. Ot i cała tajemnica mojego wyboru kariery zawodowej.

Całe moje życie ułożyło się na półce satyrycznej dlatego, że żyłem w PRL-u. Zawsze chciałem być dziennikarzem, nie dowcipkować. Ale był rok 1953, czyli apogeum stalinizmu i wiedziałem, że jeśli pójdę na dziennikarstwo, będę musiał robić obrzydliwe, propagandowe teksty. Więc... (fot. archiwum)

MD: Z wykształcenia artysta malarz, z zamiłowania, z talentu - satyryk i aktor.

JF: Jestem posiadaczem talencików. Niestety, żaden z nich nie był wielkim talentem i to już się do końca życia pewnie nie zmieni.

MD: A nie próbował Pan pozlepiać tych talencików w jeden wielki talent?

JF: To rzeczywiście mi się zdarzyło w stanie wojennym, kiedy postanowiłem zerwać ze
wszystkimi państwowymi środkami przekazu. Produkowałem sam w domu programy telewizyjne na kasetach wideo. Władza komunistyczna jakoś nie decydowała się, żeby mi zrobić kuku, ale tępiła wszystkich, których złapali z moją kasetą albo z moimi odbitkami graficznymi. Namiętnie rysowałem Lecha Wałęsę.

MD: Nie próbował Pan po zakończeniu studiów na wydziale Malarstwa Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku zostać przy tym swoim wyuczonym zawodzie?

JF: Znacznie wcześniej doszedłem do wniosku, że to byłoby skazanie się na bardzo skromny żywot. Żeby z malarstwa żyć, trzeba mieć olbrzymi talent, a ja dysponowałem talencikiem. Zaczynałem studia w okresie stalinowskim. Mój ojciec był uznany za wroga ludu, ponieważ nieopatrznie zaraz po wojnie starał się reaktywować w Gdyni przedwojenną firmę ubezpieczeniową mojego stryja. W 1949 roku wyrzucili go z Wybrzeża. Cud, że do więzienia nie poszedł. I ja jako syn wroga ludu nie mogłem mieć stypendium i byłem absolutnie bez grosza. I wpadłem na znakomity, jak się okazało, pomysł. Zauważyłem, że dobrze wychodzą mi rysunki - jak dzisiaj je oglądam, to mnie groza mnie bierze, że to tak przerażająco nieudolne. Zacząłem produkować dowcipy rysunkowe. Wydrukował je centralny tygodnik Dookoła świata, a wtedy Dziennik Bałtycki też musiał od takiego autora wziąć. Już na trzecim roku byłem całkowicie
niezależny finansowo.

MD: Ważnym okresem w Pana życiu było założenie razem ze Zbyszkiem Cybulskim i
Bogumiłem Kobielą studenckiego teatru Bim- Bom.

JF: Dałem upust kolejnemu talencikowi - od dziecka ślicznie recytowałem wierszyki. Ćwiczyła mnie w tym babcia, która miała niebywały talent aktorski. Rzeczywiście, udało mi się tam odnieść parę sukcesów. I postanowiłem, że będę to kontynuował, bo ten talencik okazał się bardziej lukratywny. W wieku lat 21 już byłem ojcem, musiałem zarabiać na rodzinę.

MD: Mówimy o talenciku, tymczasem przyzwyczaił Pan słuchaczy, że Jacek Fedorowicz może wcielić się w kilka postaci naraz, tak jak miało to miejsce w magazynie 60 minut na godzinę.

JF: To była dość prosta robota. Ponieważ talentów muzycznych niestety nie mam, wymyśliłem sobie, że jeżeli chcę na antenie stworzyć złudzenie, że kilka osób ze sobą rozmawia, to muszę ich głosy różnicować przy pomocy wad artykulacji. I tak Kolega Tłumacz mówił z angielska, Pan Kazio, złota rączka każdą samogłoskę wymawiał jak „a”, w głosie Kolegi Kuchmistrza słyszało się akcenty homoseksualne. Kolega Kierownik miał swój specyficzny język. To był mój zbiór wszystkich błędów językowych z jakimi się stykałem plus wada dykcji polegająca na tym, że on nie wymawiał on głoski „ł”. Lubiłem bardzo Kolegę Kierownika, ponieważ udało mi się zrobić z niego symbol władzy. Każdy mógł sobie pod Kolegę Kierownika podstawić swojego kierownika, dyrektora, ministra resortu, w którym pracował, a także samego Gierka. Kolega Kierownik miał Nadredaktora, który w domyśle był Breżniewem. Ludzie tę głęboko ukrytą aluzję chwytali i rozkoszowali się tym, że jest na antenie państwowego, socjalistycznego radia zespół ludzi, którzy są przeciwko socjalizmowi w sposób oczywisty. Według badań przeprowadzonych bodaj w 1981 roku na pierwszym miejscu pod względem liczby odbiorców była ex equo Msza Św. i 60 minut na godzinę.

MD: Te wszystkie Pana działania miały wpływ na światopogląd, na myślenie ludzi.

JF: Cieszę, że Pan to tak odbiera. Niektórzy zarzucają nam, starym sprzedajność: Wyście działali jakby na zlecenie komunistów, bo stanowiliście wentyl. To nieprawda. Gdyby nie my, byłoby skuteczniejsze ogłupianie ze strony komunistów. Staraliśmy się zmieniać świadomość społeczną czasami za pomocą pozornie zupełnie niepolitycznych działań. W roku 1963, w składzie: Jerzy Gruza, Bogumił Kobiela i ja zaczęliśmy program telewizyjny pt. Poznajmy się. W utemperowanej, socjalistycznej telewizji nagle zaszczepiliśmy rozrywkę amerykańską. Dla naszych władz to był początkowo szok, na szczęście nie zwracali wtedy jeszcze uwagi na telewizję, nie zdawali sobie sprawy, że jest to środek masowego przekazu. Dla nich takim środkiem był film, na telewizję uważali za zabawę grupki zapaleńców. Podobnie zresztą traktowali program III Polskiego Radia.

MD: A to były krople drążące skałę...

JF: Skoro Pan mówi o tych, którzy się przydali w walce o świadomość Polaków, to musi tu paść nazwisko Staszka Barei. To są dopiero osiągnięcia w pokazywaniu, czym jest socjalizm! Miś to najbardziej antysocjalistyczny film, jaki powstał za socjalizmu. Bardzo mi bliski, bo ja z kolei byłem autorem najbardziej antysocjalistycznej książki wydanej za pieniądze komunistów - tak to określił Stefan Kisielewski w paryskiej Kulturze - W zasadzie tak. To były felietony z początku lat 70., które miałem w Programie III, jeszcze przed 60- tką. No to się pochwaliłem...

MD: Potem był jeszcze W zasadzie ciąg dalszy, Ja jako wykopalisko i Będąc Kolegą
Kierownikiem.

JF: Ta ostatnia jeszcze jest w księgarniach. Tam jest o Bim- Bomie, o moich początkach pracy w Radiu Gdańsk, o Sześćdziesiątce, o nagraniach z ukrytego mikrofonu, jakie robiłem w stanie wojennym.

MD: Czy chciałby Pan realizować jakiś program radiowy albo telewizyjny? Coś, co we
współczesnych czasach byłoby skuteczne?

JF: Nawet to robię, niestety. Zostałem zmuszony do powrotu do tego, co robiłem w stanie wojennym, kiedy przez nasilenie propagandy telewizja obrażała telewidzów. Wpadłem wtedy na pomysł, który okazał się zabójczy. Dzisiaj każdy na swoim komputerze zrobi to bez trudu. Nagrywałem wypowiedzi komunistycznych bonzów i dubbingowałem ich, podkładając im takie teksty, że oni prędzej by sobie w łeb strzelili, niż coś takiego powiedzieli. Na przykład premier Rakowski moim głosem zwierzał się, że właśnie zgodził się do Wałęsów na przychodne jako niania do dzieci. Kasety zaczęły się rozchodzić po Polsce, i to był cios w serce komunistów. Chciałem pokazać, jak łatwo przy pomocy samego montażu, zmiany kontekstu, łączenia różnych scenek całkowicie fałszować rzeczywistość. I bardzo bym chciał, by współcześni telewidzowie pamiętali, że jest to piekielnie proste. Spytał Pan, co teraz? Otóż teraz biorę sobie na przykład pana Kaczyńskiego, pana Macierewicza i też im podkładam różne rzeczy.

MD: I to jest talencik!



Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy