Lucjan Kydryński - słynne "r", czyli wada, która była zaletą

Opr. na podstawie tekstów Wojciecha Orlińskiego i Wojciecha Krzyżaniaka z archiwum Gazety Wyborczej
12.09.2016 14:44
A A A
Sopot Festiwal

Sopot Festiwal (fot. ANDRZEJ WIERNICKI)

Był mistrzem pokazującym, jak należy zachowywać się na scenie i mieć dystans do samego siebie. Mistrz konferansjerki i koneser estradowej rozrywki zmarł we wrześniu przed dziesięcioma laty.

Tytuł jego audycji - „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna” - do dziś funkcjonuje w polszczyźnie. Kydryński wzorował go ironicznie na popularnej serii samouczków typu „Język francuski lekko, łatwo i przyjemnie”.

Szybko stał się najsłynniejszym prezenterem światowych gwiazd występujących w Polsce: Aznavoura, Dalidy, Marleny Dietrich, Demisa Roussosa. Choć jako konferansjer zawsze zachowywał postawę pełną szacunku do zapowiadanych artystów, miał ogromne poczucie humoru i dystans do swojej roli, dzięki czemu potrafił dowcipnie wybrnąć z takich sytuacji jak zerwanie taśmy radzieckiemu gwiazdorowi śpiewającemu z playbacku lub powitanie publiczności sopockiej jako publiczności opolskiej.

Sprawa „R”

Kydryński był konferansjerem, erudytą i krytykiem. Miał znakomitą rubrykę w „Przekroju” (pisał pod pseudonimem Aleksandra), z której polska inteligencja mojego pokolenia uczyła się, jak wygląda rozrywka na świecie. A od Kydryńskiego uczyła się o niej mówić. Eartha Kitt, Jacques Brel, Gilbert Becaud - to przecież on pokazał nam tych artystów. I nawet jeśli dziś uśmiechamy się ironicznie na wspomnienie wprowadzonej przez niego „włoszczyzny” w wykonaniu Marino Mariniego, to wtedy pierwszy raz z estrady usłyszeliśmy gitarę elektryczną. Tuż przed rockandrollową rewolucją!

Felietony muzyczne w „Przekroju” otworzyły Kydryńskiemu drogę do radia.
Niewyobrażalnej popularności przysporzyły mu audycje „Rewia piosenek” i „Świat
operetki”. Charakterystyczny sposób, w jaki Kydryński wymawiał „r”, stał się szybko jego znakiem rozpoznawczym, ale niewiele brakowało, by zablokowało to jego karierę na starcie.

Gdy rozpoczął współpracę z radiem, uznano, że wada wymowy go dyskwalifikuje i jego
felietony powinien odczytywać lektor. „Muzyczny szef Tadeusz Wysocki jakoś mnie przed tym wybronił” - wspominał Kydryński, dodając, że sprawę przesłonił poważniejszy problem. Autor chciał swoją audycję rozpoczynać fragmentem piosenki „C'est si bon” Earthy Kitt, który uznano za wyuzdany, perwersyjny i deprawujący młodych ludzi. Kydryński zgodził się na zmianę sygnału audycji, a o sprawie „r” zapomniano.

Wzór z Sevres

Był autorem kilkunastu książek (m.in. biografii George’a Gershwina, Johanna Straussa,
monografii duetu Marek&Wacek), ale zapamiętliśmy go przede wszystkim jako
prowadzącego festiwale w Opolu i w Sopocie. Dlaczego? To proste. Jego kwieciste
zapowiedzi często były lepsze i ciekawsze od wielu z piosenek, które następowały po nich. Jerzy Gruza, który reżyserował festiwale sopockie, wspominał kiedyś, że w czasie jednego z nich razem z Kydryńskim na scenie pojawiła się dziewczyna o wyglądzie aniołka. „Wychodził z nią, zapowiadał, ona stała z boku, nic nie mówiła, i wracali za kulisy. Za trzecim razem na widowni wrzało: kto to jest? o co chodzi? Wtedy Lucjan poinformował, że ta młoda osoba to praktykantka, która przygotowuje się do prowadzenia następnego festiwalu zamiast Ireny Dziedzic. Na razie oswaja się ze sceną”. - Kydryński był dla mnie niczym wzorzec metra z Sevres, mistrzem pokazującym, jak się zachowywać na estradzie - wspomina Krzysztof Materna. - Miał ogromne poczucie humoru i świetnie realizował festiwalowe żarty wymyślane przez Jerzego Gruzę. Ja wywodziłem się z trochę innego środowiska, z kabaretu studenckiego, należałem też już do innego pokolenia.

Ale bez względu na te różnice, dostrzegałem to, jak wybitną jest osobowością. I musiał to chyba dostrzec każdy inteligentny obserwator.

Trzeba umieć smakować życie

Lubił żarty na swój temat. Gdy dowiedział się, że jego występy parodiuje studencki kabaret Pinezka, pogratulował parodiującemu go artyście. Tak poznał drugą żonę Halinę Kunicką, która w tym kabarecie śpiewała. Świadkami na ich ślubie byli Edyta Wojtczak i Jerzy Połomski.

- Był wielkim autorytetem dla całego pokolenia, dla mnie też - wspomina Witold
Pograniczny, dziennikarz muzyczny Polskiego Radia. - Na przełomie lat 50. i 60. kształtował gusty muzyczne zdecydowanej większości Polaków. Wspominam go i zawsze będę go wspominał jako bardzo eleganckiego człowieka, noszącego się godnie i dostojnie. Z wielkim szacunkiem o Kydryńskim mówi też Krzysztof Krawczyk, którego pan Lucjan wprowadzał na salony. - Poznałem go podczas pracy przy programie „Zgaduj zgadula”. Była to audycja radiowa nadawana prosto z koncertu. Dużo wtedy jeździliśmy. Pan Lucjan zawsze potrafił dla nas znaleźć czas. Siadaliśmy przy kolacji i słuchaliśmy go. My, Trubadurzy, byliśmy prostymi chłopakami z Łodzi, a on tłumaczył nam różne rzeczy. Tak naprawdę od niego nauczyłem się, że rybę je się dwoma widelcami. Mówił nam, że trzeba umieć smakować życie. Dzisiaj coraz trudniej o ludzi, których chce się słuchać. A jego się chciało.

Nienawidził prostactwa i głupoty

Lucjan był niezwykle wrażliwym i delikatnym człowiekiem. Nikt go o to nie podejrzewał.
Wręcz przeciwnie, postronne osoby uważały, że jest zarozumiały, pewny siebie, zadufany, zachwycony sobą. To wszystko nieprawda. Był prawdziwie nieśmiały i bardzo dużo kosztowały go na przykład wszystkie występy na wielkich festiwalach, zapowiadanie wielkich gwiazd, takich jak Charles Aznavour, Jacques Brel, Ella Fitzgerald. Uwielbiał natomiast studio radiowe, słuchawki na uszach i intymność ze słuchaczami. (...) Źle znosił chamstwo. Często się na nie natykaliśmy, jeżdżąc z występami. Krzyczał na kelnerów, na obsługę hotelową, jeśli uznał, że zachowali się niewłaściwie. Kiedyś, zimą, gdy wracaliśmy z koncertu pociągiem, nie dostaliśmy wagonu sypialnego, choć mieliśmy bilety. Lucjan się wściekł i posłał wiązankę. Jechała wtedy z nami Irena Kwiatkowska. Gdy to usłyszała, była kompletnie zszokowana: „Ja chyba śnię”. Pani Irena nie podejrzewała, że ten ułożony, delikatny mężczyzna w ogóle zna takie słowa. Ja też czasami lubiłam zakląć, ale starałam się tego nie robić, bo Lucjan tego nie aprobował. Szczerze nienawidził prostactwa i głupoty. To go wyprowadzało z równowagi do tego stopnia, że ja go nieustannie prosiłam: „Błagam cię, przecież ty pracujesz na zawał, nie wychowasz tych ludzi, nie nauczysz, oni po
prostu tacy są”. Wtedy natychmiast gasł ten jego gniew. No i wykrakałam – tą
nadwrażliwością i nieumiejętnością zbudowania wokół siebie jakiejś bariery, odgradzającej go od takiego świata, rzeczywiście zapracował sobie na zawał i inne dolegliwości sercowe.

Halina Kunicka (fragment książki Kamili Dreckiej „Świat nie jest taki zły”, Wyd. Otwarte)

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy