Tadeusz Pluciński - Jak się piło i kochało w PRL

Magdalena Adaszewska
07.09.2016 10:16
A A A

fot. archiwum

Gdyby istniało wówczas pojęcie celebryty, zaliczałby się do ich grona. W hotelu Bristol miał nawet w szatni swój krawat. Gdy przychodził, szatniarz podawał mu go z namaszczeniem, a on wiązał na szyi i wchodził na salę. Aktor, który 25 września kończy 90 lat, o "Warszawce" PRL-u opowiedział Magdalenie Adaszewskiej w książce "Na wieki wieków amant". Publikujemy jej fragment.

Jacy byli celebryci w pana Warszawce? Niegrzeczni czy święci?

Jasne, że niegrzeczni. I to bardzo. Robiliśmy milion bardzo nieprzyzwoitych rzeczy. Właściwie byłem grzeczny tylko wtedy, gdy z Antonim Słonimskim jadałem obiady w Literackiej. Rozmawialiśmy o życiu, literaturze, sztuce, kobietach i innych niezwykłościach świata tego. Poza tym, hulaj dusza.

Czym zajmowali się celebryci? Poza pracą i artystycznymi dokonaniami?

Pili i kochali. Kochali i pili. Jednego i drugiego było pod dostatkiem. Było gorąco i ciekawie.

Do tego potrzebny był krawat w Bristolu?

Między innymi. Tam nie można było wejść w swetrze, obowiązywały zasady. Poza tym lepiej podrywa się kobietę w krawacie. (...)

Gdzie poza Bristolem bawili się znani i lubiani?

Całe towarzystwo odwiedzało regularnie SPATiF, czyli Klub Aktora. Przez trzy dziesięciolecia to był ośrodek życia towarzyskiego Warszawy. Tam zaczynał się słynny „szlak hańby”.

Wszyscy już od południa wpadali tam po kolei na wódeczkę i zobaczyć, kto jest z kim. Potem trasa biegła przez plac Trzech Krzyży, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, z zaliczaniem po drodze rozmaitych knajp. Hotel Europejski, Harenda, Staropolska, Kameralna przy Foksal.

W epoce Gierka dołączył do tej listy Ściek, czyli klub filmowców przy Trębackiej. (...) Potem można było już tylko wpaść do mieszkania Zdzisia Maklakiewicza. Tam nad ranem zwykle lądowali twardogłowi zawodnicy. W kilka sekund stawali się przyjaciółmi do grobowej deski albo spotykali tę jedyną, najcudowniejszą na świecie kobietę. Przebudzenie w południe musiało być dramatycznie fatalne.

Kto wówczas w towarzyskim życiu grał pierwsze skrzypce?

Było trzech przyjaciół. Józef Prutkowski, aktor i literat, zaczynał swój dyżur w SPATiF-ie
o godzinie trzynastej. Potem dołączał do niego pisarz Stanisław Dygat. Jako trzeci przychodził pisarz Janusz Minkiewicz i siedział do zamknięcia. Przyjaciele po piórze, czekali na siebie, dyskutowali, uwielbiali się i kłócili. Mieli tam swoje stoliki. (...)

Przesiadywał pan z tą trójką przyjaciół przy stolikach w SPATiF-ie?

Czasem przychodziłem, jak miałem wolne popołudnie i wiedziałem, że nie gram wieczorem w teatrze. Zaczynałem z Józkiem po godzinie 13, czekałem, aż przyjdzie Stasio Dygat, a na końcu Minio. Siedzimy tak w środku dnia. Dołączał do nas Henio Bąk, Rysiek Pietruski, może jeszcze ktoś. Stajemy się coraz bardziej hałaśliwi. Ktoś przyszedł na obiad. Obok siedzi jakaś pani. A tu u nas wódeczka. W środku dnia. Oburzone miny. Co? Mówicie, że nie ta pora? Obiadowa pora? Normalna pora. Wypiliśmy wtedy osiemnaście ćwiartek. W biały dzień. Henio Bąk zalany. Rysiek Pietruski też. Świetna kompania. (...)

Z kim jeszcze celebryta Tadeusz Pluciński spędzał czas?

Władek Hańcza zapraszał mnie na oglądanie erotyków. Pytał: „Przyjdziesz do mnie? Tylko się nie odzywaj”. Zapytałem: „Skąd to masz?”. Wyjaśnił: „Wyobraź sobie, że piękne dziewczyny ze szkoły plastycznej dorabiają rozbieranymi scenami, striptizem. Ale jeśli powiesz o tym Baśce, to cię zabiję”. Ową Baśką była jego żona, wspaniała aktorka Barbara Ludwiżanka. Te erotyki to były pierwsze, które widziałem. I nie miały nic wspólnego z dzisiejszym kinem porno. Były lekkie, delikatne, piękne. (...)

Kto jeszcze należał do grona pana ulubionych kolegów?

Zdzisio Maklakiewicz i Janek Himilsbach. Obaj świetni kumple, kochani ludzie.
Kumplowałem się i z Maklakiem, i z Jankiem. (...) I nie mogłem się pogodzić z tym, że zjadł ich alkohol. Pili strasznie, na umór, do nieprzytomności. Pytałem ich, jak długo można tak wytrzymać. Chociaż piłem z różnymi osobistościami, aktorami, aktorkami, literatami, nawet z biskupem i kilkoma generałami, nigdy nie upiłem się tak do końca, na umór, zatracenie. Miałem chyba mocną głowę, jak ojciec. Piłem jak wszyscy, ale nigdy nie urwał mi się film. Oni, jak mawiał Janek, szli do dna. To przerażało, bo nie wróżyło nic dobrego. Janek mówił też, że pije się nie dla smaku, tylko dla działania. Siedział kiedyś na chodniku przy Marszałkowskiej i pił piwo. Jakaś staruszka zwróciła mu uwagę: „Co pan pije piwo na środku ulicy i sieje zgorszenie?”. Janek się uśmiechnął: „Babciu, ja wprowadzam do organizmu bajkowy nastrój”. (...)

Podobno dobrzy ludzie odchodzą wcześniej. Ze mną musi coś być nie tak, bo ciągle siętrzymam. Ale proszę mi wierzyć, miałem kilka momentów w życiu, kiedy byłem całkiemprzyzwoitym facetem.

Kto jeszcze królował na salonach?

Bosko przystojny Janusz Głowacki, Jerzy Gruza, Jan Pietrzak, Mieczysław Jahoda. Aktor Adam Pawlikowski czarował kobiety neurotyzmem, Jonasz Kofta zamglonym spojrzeniem. Plotkowano, że Tadek Łomnicki podrywa na Wołodyjowskiego, opowiada dziewczynom niestworzone historie o swych wyczynach podczas grania tej roli. Krążyła też anegdota, że Jerzy Gruza podjeżdża swoim BMW pod przystanek autobusowy, wyławia z tłumu najładniejszą z panien i pyta: „Jadła już pani kolację?”. Gdy dziewczyna odpowiada: „Nie”, kiwa głową: „A, to przepraszam”, i odjeżdża. Z kolei o aktorze Józefie Nowaku krążyło mało delikatne powiedzonko: „Tak, czy owak – zerżnie Nowak!”. (...)

Dziewczyny kochały się w celebrytach? Zawsze do nich lgnęły?

Kochały się w nich i szalały. Bycie dziewczyną znanego człowieka lub choćby pokazanie się w jego towarzystwie należało do dobrego tonu. Do rozmaitych klubów i przybytków przychodziły dziewczyny liczące na miłość wielkiego artysty lub na zrobienie kariery. W SPATiF-ie wieczorową porą obowiązywały sztywne zasady. Portier pan Franio taksował grupki dziewczyn przed wejściem i wpuszczał tylko najładniejsze. Męska część wyławiała dziewczyny. Czekała, aż rozluźni je alkohol. Niewskazane było startować zbyt późno, bo konkurencja mogła ubiec. Niektóre panny z high life’u dawały się wozić ambasadorom Urugwaju i słonecznej Italii, wskakiwały do limuzyn, których tylna część przypominała luksusowy buduar, i jechały na bankieciki, intymne przyjątka.

Czy podryw zarezerwowany był wyłącznie dla mężczyzn? A celebrytki?

Podrywały! I to jak! Kto wie, czy nie bardziej niż ja i moi koledzy. (...) Przyjechała raz
na Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze pewna rozświergotana piosenkarka
z Moskwy, radziecka celebrytka. Wpadł jej w oko pewien aktor. Potem, gdy już po festiwalu gościła wraz z ekipą dwa dni w Warszawie, umówiła się z nim. Odebrał ją o północy sprzed Domu Chłopa, a nad ranem odwiózł do hotelu. Po kilku dniach znajomy dyplomata z ambasady Związku Radzieckiego przy Belwederskiej udzielił mu reprymendy: „No i po co to było? Teraz ona nie dostanie paszportu przez kilka lat!”. Okazało się, że para polskoradzieckich celebrytów była przez całą noc śledzona, nad wszystkim czuwało ORMO.

Kto jeszcze wpisywał się w koloryt Warszawki?

Prostytutki lub – jak kto woli – panie lekkich obyczajów. Mówiono na nie Czarne Mańki. (...) Potem utworzył się, tak jakoś samoistnie, śródmiejski Pigalak, między ulicą Nowogrodzką, Wspólną i Poznańską. W zaułku na skrzyżowaniu Hożej i Marszałkowskiej rezydowała Blond Lola. Nocami. Słysząc męskie kroki, szeptała w ciemności: „Chodź, malutki, nie patrz na twarz babci, a umrzesz z rozkoszy!”. Gdy poznawała, że to ja wracam po spektaklu do domu, wyłaniała się, mówiąc: „A, to ty!”. Ja na to: „Tak, zmęczony.”. Ona: „Dobranoc, kochany, dobranoc”. Czasem wdawaliśmy się w pogawędkę o życiu.

 

Polecamy