Emilia Krakowska - "Przyrzekłam, że nie zbrukam nazwiska"

red.
29.08.2016 11:16
A A A
Emilia Krakowska

Emilia Krakowska (fot. archiwum)

Panienka z dobrego poznańskiego domu, zasłynęła rolą Jagny w "Chłopach" Jana Rybkowskiego, za którą zdobyła wiele laurów. Wystąpiła też w filmach Andrzeja Wajdy: "Brzezinie", "Ziemi obiecanej", "Weselu". Od dekady związana jest z Wrocławiem, gdzie występuje w Teatrze Komedia. Jest też jednym z trzech filarów Babskiego Kabaretu "Old Spice Girls".

 - Pani imię trochę z Orzeszkowej...

- Miałam być Jędrusiem. Ale skoro urodziła się dziewczynka, mama postanowiła, że będzie Emilia, jak Plater, i że będzie dzielną dziewczynką. Na drugie dano mi Urszula, jak Kochanowska. Moja matka bardzo kochała sztukę.

- Pochodzi Pani z Poznania, z bardzo patriotycznej, polskiej rodziny. Czy ktoś z przodków brał udział w powstaniach wielkopolskich?

- Tak, mój dziad. W naszej rodzinie wielbiło się Paderewskiego. Ten wielki Polak przywiózł do Poznania wolność. Moje młodzieńcze lektury to najczęściej były biografie wielkich ludzi. „Po czynach ich poznacie”.

- Wcześnie obiecała pani – mamie i dziadkowi - że zostanie aktorką.

- I że nie zbrukam nazwiska. Mojej rodzinie sztuka była bardzo bliska. Dziadek grał na guzikówce (rodzaj harmonii, przyp. red.), ciotki śpiewały. Mój wuj, Alojzy Krakowski, robił teatr kukiełkowy - w czasie wojny, kiedy teatr był zakazany. Mama bez pianina się nie ruszała. Byłyśmy wysiedlone z mieszkania i pierzyny nie było, ale pianino tak. Nawet w takich ciężkich czasach sztuka jest potrzebna człowiekowi. Do mamy na lekcje przysyłano dzieci z kromką chleba jako zapłatą, aby uczyła je grać. Cieszyła się, że może przekazać im miłość do muzyki. Z kulturą nie można czekać na lepsze czasy. To jest potrzeba człowieka.

- Po okupacji...

- ...posłano mnie do szkoły. Mieszkaliśmy naprzeciwko kościoła św. Floriana. Przez okno obserwowałam procesje, wojsko maszerujące do kościoła, śluby. W tym biednym Poznaniu wydobyto skądś wspaniałą karetę zaprzężoną w cztery konie. Czułam się, jakbym była w teatrze.

- Już wtedy go Pani pokochała.
-

- Pierwsza sztuka, którą byłam zachwycona, oczarowana, to była „Balladyna” w Teatrze Polskim w Poznaniu z Zofią Rysiówną w roli głównej. Miałam wtedy 8 lat. Odegrałam to dzieciakom, które były ze mną w szkole tańca w szkole pani Marceli Hildebrandt - Pruskiej. Musiałam mieć rekwizyt, w którym będę niosła maliny. Nagle słyszę zaniepokojony głos nauczycielki: Boże, przecież to jest waza z epoki Ming! Byłam oburzona, że można mi tak przerwać! Po obejrzeniu Balladyny, gdy wchodziłam na trzecie piętro naszej kamienicy, udawałam, że idę na wieżę zamordować Grabca. Choć nigdy nie zagrałam Balladyny, już wtedy miałam świadomość tego, jak przeżywa się sztukę.

Kiedy zdecydowałam, że będę aktorką, matka powiedziała: „musisz się wszystkim interesować, bo nie wiadomo, jaką role przyjdzie ci zagrać”.

- Po poznańsku.

- Tak, do aktorstwa trzeba podchodzić jak do rzemiosła. No i jeszcze mieć łut szczęścia.

- Kto Był Pani mistrzem?

- Jan Kreczmar, Aleksander Bardini, Janina Romanówna, Rena Tomaszewska. Wielkie nazwiska. Cieszyłam się, że mogę słuchać ich wykładów. „Jak wchodzisz na scenę - mówił Jan Kreczmar - musisz wiedzieć, po co wchodzisz, jakie masz zadanie. Każdy twój krok, każde słowo musi coś znaczyć. Nie robisz tego, żeby cię podziwiano”.

- Pamięta Pani swój debiut jako dyplomowanej aktorki?

- Tak, było to zastępstwo w roli Panny Młodej w „Weselu” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. W takim spektaklu, w takim zespole! Miałam 24 godziny, żeby się przygotować. U Hanuszkiewicza grałam potem przez trzynaście lat, najpierw Teatrze Powszechnym, potem w Narodowym.

- Panna Młoda z „Wesela”, potem Jagna z serialu „Chłopi”. Jak dziewczyna z domu z fortepianem, która interesowała się sztuką od dziecka, odnalazła się w rolach chłopek?

Gdy czytam powieść Reymonta, nie wyobrażam sobie innej Jagny. Tu chodzi tylko o prawdę. Trzeba być skupionym na roli, wejść w nią. Jagna była inna – jej odmienności miną nie zagrasz. Może było mi łatwiej, bo jeszcze przed serialem grałam Jagnę gościnnie w Teatrze Ziemi Mazowieckiej? Ze szkoły tańca znałam też tańce ludowe.

- Pani ekranową matkę zagrała Jadwiga Chojnacka. Podobno studenci się jej bali.

- Mnie kochała, co nie znaczy, że nie była surowa. Mogłam mówić do niej „mamo”. Kiedy grała Dulską w Poznaniu, moja mama przyszła do niej do garderoby. „Jestem matką Emilii Krakowskiej”. „Ja też” – odpowiedziała pani Chojnacka.

- Jak Pani wspomina rok, w którym kręcony był serial?

- Od 4 czerwca 1971 do 4 czerwca 1972 . Pomógł nam Stwórca. Dużo kręciliśmy w plenerze: w Lipcach Reymontowskich, w Mszczonowie. Nagrywaliśmy po jednym dublu, bo nie było taśmy... Musiałam bardzo się skupić, żeby na przykład skubiąc gęś, uważać na kamerę i dobrze trzymać jej łeb.

- Kostiumy były uszyte z pietyzmem.

- Jeden kaftan tylko miałam uszyty! Reszta strojów była zebrana od okolicznych chłopów.

- Jak się grało z Władysławem Hańczą?

- Bardzo silna to była osobowość, królewska. Słyszę jeszcze jego głos, choć go już nie ma.

- Przeskoczmy teraz wiele lat do przodu, do serialu „Na dobre i na złe”. Bardzo panią kochano za rolę Gabrysi.

- Było to dla mnie miłe zaskoczenie. Artura Żmijewskiego i Małgorzatę Foremniak, których poznałam już wcześniej, traktowałam po prostu jak swoje dzieci.

- Czy trudno się gra taką z pozoru banalną rolę osoby, która cementuje rodzinę?

- Wspólne rozmowy są bardzo ważne! Zawsze mówię, że w teatrze powinien być bufet, żebyśmy usiedli i ze sobą rozmawiali. Kiedy byłam młoda, wyrzucałam każdy stół, bo liczyło się lustro i parawan, ale teraz wiem, ze porządny stół z wygodnymi krzesłami jest najważniejszy.

- Czy z córkami siadała Pani do stołu?

- Siadałam i siadam. Nawet jeśli nie mam czasu, żeby gotować, zapraszam obie córki z mężami, siadamy, ja w środku.

- Jakież one są inne - jedna rehabilitantka, druga śpiewaczka operowa. Weronika i Eleonora. Dwa światy.

- Rehabilitantka musi zajmować się psychologią, muzyką, ruchem, zupełnie jak aktorka. Mamy więc wspólne zainteresowania.

- Gdzie teraz możemy Panią zobaczyć?

- Jeżdżę po całej Polsce z kabaretem „Old Spice Girls”. Basia Wrzesińska, Lidia Stanisławska i ja. Razem mamy 210 lat. Przynosimy radość, umiłowanie dobrego języka i umiłowanie publiczności. Wiemy, że przynosimy radość, że żyjemy, że jesteśmy sprawne. Cieszymy ludzi. Wychodzą z naszego spektaklu, mówiąc „dawno żeśmy się tak nie ubawili, dziękujemy”. To jest satysfakcja! 300, 400 kilometrów jedziemy, ale to się nie liczy. Ludzie dziękują nam, że mogą oderwać się od złych myśli. A my zyskujemy, bo nocując w agroturystykach poznajemy ten kraj i wspaniałych ludzi, którzy na przykład odbudowują zabytki, które mogłyby upaść. Już nikt nam nie wmówi, że żyjemy w zgliszczach, które zostały naprawione przez kilka miesięcy.

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy