Jan Kobuszewski - "Staram się wszystko obracać w żart"

Rozmawiał Marian Dachniewski
29.08.2016 10:55
A A A

fot. NASIEROWSKA/REPORTER

MD: Sześćdziesiąt lat na scenie, najdłużej w Teatrze Kwadrat, od 1976 roku. Znakomite role, kontakt z publicznością...

JK: Żywa publiczność dla aktora to jest coś wspaniałego, szczególnie w komedii. Kiedy jest martwa cisza, wiadomo, że będzie klapa. Jako aktor komediowy boleję nad tym, że mimo iż uważamy się za naród dowcipny, to na przestrzeni 250 lat istnienia teatru polskiego mamy tylko dziesięciu, jedenastu komediopisarzy wliczając Fredrę, Bałuckiego, Słonimskiego i Staszka Tyma. Łatwiej publiczność zasmucić niż rozśmieszyć.

MD: Ale jak napisze tekst Stanisław Tym, a przedstawi go Jan Kobuszewski, to nie może się klapą okazać. Zagrał Pan w ogromnej liczbie spektakli telewizyjnych i radiowych.

JK: W telewizji po raz pierwszy w 1955 roku. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że za szkiełkiem obiektywu kamery siedzi parę milionów ludzi, którzy nas oglądają. I to była ogromna odpowiedzialność - nie słyszało się reakcji publiczności, więc grało się jak gdyby w ciemno. Do lat 60. wszystko grało się na żywo. Pierwszym spektaklem telewizyjnym, który eksperymentalnie był nagrywany na tzw. telerecording, był „Wielokropek”.

MD: Podobno niewiele zostało z tych nagrań, w którym występował Pan z nieżyjącym już Janem Kociniakiem. To nie była przepustka do popularności, ale rola nie do podrobienia! Zawodowstwo najwyższych lotów.

JK: To nie było łatwe, bo ja pierwsze dziesięć lat mojego bytowania na scenie byłem aktorem na wskroś dramatycznym. Grałem najpierw w Teatrze Nowej Warszawy, potem w Polskim, w końcu w Narodowym u Dejmka. Z estradą po raz pierwszy zetknąłem się w kabarecie „Dudek”.

W czasie pierwszej premiery umierałem ze strachu i z tremy. Zespolik był, daj Boże: Wiesio Michnikowski, Wiesio Gołas, Irka Kwiatkowska, Basia Rylska, Bobek Kobiela, Wieńczysław Gliński. Potem już do końca z wielką przyjemnością spotykaliśmy się po ciężkim dniu pracy, bo przecież rano były próby w teatrze, potem próby w telewizji, spektakl teatralny i jeszcze o 22.15 kabaret. Czasami kończyliśmy dzień pracy o 2. w nocy. Ale człowiek był młody i jakoś dawał radę.

MD: Skecze z „Dudka” przeszły do klasyki gatunku, choćby Pana występ jako majstra z
Wiesławem Gołasem w roli ucznia...

JK: Tekst napisał Staszek Tym. W jakimś sensie jest nadal aktualny...

MD: Zdarzały się w „Dudku” zabawne sytuacje?

JK: Mieliśmy butelkę rumu kubańskiego, który miał dozownik na końcu, tzw. grzechotkę. Grzechotało się, ale nie wolno było wypić. Wypijaliśmy dosłownie po pół kieliszka, ale dopiero po pierwszym swoim występie. Śpiewaliśmy z Wiesiem Gołasem „Balladę o Dzikim Zachodzie”. Bobek Kobiela miał występ nieco później, ale wiedział, że my po pierwszym występie sobie z Wieśkiem golniemy. Wziął tę grzechotkę, stanął za kurtynką, a był tylko w milanezowych majtkach, bo się przebierał do swojego występu i zaczął nam grzechotać. Spojrzeliśmy z Wieśkiem na siebie jednocześnie, odsłoniliśmy tę kurtynkę i publiczności ukazał się Bobek w niebieskich majtkach z butelką w ręku. I co robi Kobiela? Genialny aktor odtańczył bolero z piruetami, dostał olbrzymie brawa i zszedł. - Wy dranie - mówi potem. - Na coście mnie narazili? - Na brawka - mówię. Nie pamiętam za kulisami żadnych awantur. Bo teatr to jest w jakimś sensie rodzina. Baby się tam czasami kłóciły, ale chłopaki nie.

MD: A trema się zdarzała?

JK: Jeśli któryś z kolegów mówi, że nie ma tremy, to kłamie. Ja po sześćdziesięciu latach występowania na scenie zawsze mam potworną tremę. Ona przechodzi po kilku zdaniach, ale zawsze jest.

MD: Jak pracowało się z Olgą Lipińską? Niektórzy mówią, że była ostra.

JK: Była bardzo wymagająca, ale chwała jej za to. Trzymała się swojego scenariusza, ale pozwalała nam w trakcie prób na inwencję. Myśmy się z Olgą bardzo lubili, ona mnie się trochę bała, bo ja miałem ostry ozór i potrafiłem czasami dla dowcipu powiedzieć coś za ostro, czego się już na szczęście dawno oduczyłem. Mnie się bardzo dobrze współpracowało ze wszystkimi reżyserami. Jeśli miałem jakąś propozycję, byłem wysłuchiwany. Nawet tak wielki reżyser, jak Kazimierz Dejmek, zawsze mówił „zaproponuj, zaproponuj”. Na tym polega teatr, to jest praca zbiorowa.

MD: Telewidzowie i kinomani kochają Pana za każdą rolę, nawet drugoplanową.

JK: Uwielbiam kino, ale na widowni, natomiast pracę w filmie niespecjalnie lubiłem. Gdy
dzwonił do mnie Staszek Bareja, proponując dużą rolę, mówiłem „Stasiu, w żadnym wypadku, najwyżej epizod, 3 - 4 dni”. Rzeczywiście, chyba nie było komedii, w której nie zagrałbym epizodu. To mi sprawiało wielką przyjemność. Bo w epizodzie można zrobić „z gówna tort”. Epizod niczym nie hańbi, przeciwnie.

MD: Nawet przechodzi do klasyki! Na przykład w „Czterdziestolatku” wystąpił Pan jako Jasiu Bufetowy w klubie sportowym. Do dziś pytają: „Pan chla?”

Agnieszka Osiecka nazywała Pana „zmarnowanym chłopakiem polskiego kina”.

JK: Z Agnieszką wychowywaliśmy się razem na Saskiej Kępie. Pamiętam ją jako młodą, śliczną dziewczynę biegnącą zwykle po lekcjach nad Wisłę. Potem z mokrymi włosami biegła do domu.

MD: Pan zawsze mówił, że aktorstwo to ciężki zawód, ale chyba Pan go lubi?

JK: Nieszczęściem jest pracować w zawodzie, którego się nie cierpi. Cieszyłem się życiem i w dalszym ciągu się cieszę. Uważam, że przyroda jest piękna, że ludzie są wspaniali. Moje życie było wspaniałą przygodą. Lubiłem teatr, kino uwielbiałem. Dzięki mojemu zawodowi zwiedziłem świat - byłem czterdzieści razy w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, trzy razy w Australii, byłem w całej Europie i w Republice Południowej Afryki.

MD: „Patrzę w przyszłość (i przeszłość) z uśmiechem i radością...” - to tytuł książki o Panu. Wspomnę też o innej, napisanej przez Pana siostrę Hannę Zborowską z Kobuszewskich „Humor w genach”. To wykładnia Pana postawy życiowej i spojrzenia na świat.

JK: Mimo rozmaitych przygód i nieszczęść, które nas spotykają - życie jest darem, do którego należy podchodzić z podziękowaniem i radością. Jeżeli będzie się je traktowało jako cudowną przygodę, to będzie się nam dużo łatwiej żyło. Uważam, że „dobry żart tynfa wart”. Dudek Dziewoński miał do mnie czasem pretensję, że jak były jakieś nieporozumienia, to ja wszystko obracałem w żart. A ja z tego jestem dumny.

MD: Potrafił się Pan przeciwstawiać „siłom”...

JK: „ ...i godnościom osobistom”.

MD: Mamy lato? Relaksik na Mazurach?

JK: Tak, wieś, wieś. Ja jestem mieszczuch przecież - urodzony, wychowany w Warszawie. Miesiąc, dwa na wsi, to jest genialny odpoczynek. Życzę z całego serca pogody ducha, niepoddawania się smutkom. I jak mówił Staszek Tym: „zdrowia, zdrowia, zdrowia, a o resztę to już musimy sami zadbać”.

Polecamy