Andrzej Kondratiuk - czuły pesymista

Tadeusz Sobolewski
16.08.2016 10:33
A A A

fot. archiwum

Był autorem niezapomnianych filmów, do których wciąż wracają polscy kinomani: „Hydrozagadki”, „Dziewczyn do wzięcia”, „Wniebowziętych”. Jego ostatnim większym przedsięwzięciem była trylogia filmowa: „Cztery pory roku”, „Wrzeciono czasu” i „Zegar słoneczny” realizowana w Gzowie, wiejskiej siedzibie, którą stworzył w latach 70. wspólnie ze swoją żoną, aktorką i muzą - Igą Cembrzyńską. Reżyser zmarł w czerwcu tego roku w wieku 79 lat.

Podobnie jak jego dwaj zaprzyjaźnieni koledzy z łódzkiej Filmówki, Roman Polański i Jerzy Skolimowski, Kondratiuk szedł własną drogą, skutecznie walczył o swoje kino. Podczas gdy tamci dochodzili do światowej sławy, Kondratiuk szukał dla siebie wolności gdzie indziej. W jakimś sensie pozostał outsiderem. Znalazł swoje miejsce gdzieś na dole, przy ziemi, w tej sferze rzeczywistości, do której panujący ustrój już prawie nie dociera. Uprawiał coś w rodzaju filmowego chałupnictwa.

Tworzył własny rodzaj kina, w którym łączyły się humor i melancholia, prześmiewczy gest i liryzm, pesymizm i metafizyczność. (...) Miał cechy rzadkie wśród polskich filmowców: skromność i niepoważny stosunek do samego siebie. Kpił z kina. Cudowną, wielopiętrową kpiną była kultowa „Hydrozagadka” - surrealistyczna, absurdalna, zdublowana parodia będąca czymś więcej niż satyrą na bolączki PRL-u, jakiej w
tamtych czasach powstawało wiele. Bohater w stylu ratującego świat Supermana, którego grał „pozytywny” Józef Nowak, zostaje wpisany w ramy złośliwie sparodiowanego peerelowskiego „małego realizmu”, ale również parodii kina wysokiej rangi. Komiksowy nadczłowiek będzie się zmagał z problemem braku wody w warszawskich kranach.

Co zrobić z wygraną w totka

Z kolei w telewizyjnym filmie „Chciałbym się ogolić” Kondratiuk dokonuje innego
karkołomnego przeszczepu. Historyjkę o prowincjonalnym fryzjerze, którego dręczy nuda i widok szarej rzeczywistości za oknami, Kondratiuk opowiada z intensywnością
hitchcockowskiej „Psychozy”. W świetnych telewizyjnych „Wniebowziętych” znany już z
„Rejsu” duet Maklakiewicz - Himilsbach (pojawiający się również w filmie Kondratiuka „Jak to się robi”) goni za złudnym szczęściem. Na co można obrócić wygraną w totka? Polecieć samolotem do Koszalina (bo akurat są wolne miejsca)? Wynająć pokój w hotelu? Poznać dwie miejscowe dziewoje? W ostatniej scenie dwaj przyjaciele na pustej plaży wpatrują się w morski horyzont.

Ale kino Andrzeja Kondratiuka ma także drugi biegun: niespodziewanego liryzmu,
momentalnego zachwytu. W swoim kinowym debiucie „Dziura w ziemi” z 1970 roku potrafił przenicować socrealistyczną opowieść o inżynierach poszukujących w Polsce złóż naftowych. Z tego filmu pozostał mi w pamięci taki oto maleńki epizod: nocą na szosie kierowca (Roman Kłosowski) widzi w świetle reflektorów przebiegającego tuż przed maską zająca i woła: „Niech żyje!”. A jego pasażerowie powtarzają jak na pochodzie pierwszomajowym: „Niech żyje!”.

„Dużo tam było takich kozackich numerów - wspominał Kondratiuk. - Choćby przyjazd
Janka Nowickiego i Romka Kłosowskiego do miasteczka i poszukiwanie we mgle ulicy
Walentyny Tierieszkowej”. Trafiają do piekarni, gdzie obsypani mąką piekarze wyglądają jak postacie z niemej burleski.

Lub scenka z „Pełni”: korepetycje udzielane grubej wiejskiej ekspedientce, która ma zdawać zaoczną maturę z tematu „Patriotyzm poezji Jana Kochanowskiego”. Jak to się dzieje, że to, co budziło początkowo satyryczny uśmiech, nagle zaczyna emanować jakimś autentycznym wzruszeniem, jak rozmowa Poety z Panną Młodą z „Wesela” o Polsce?

Kosmos jako dekoracja, słońce jako reflektor

I jeszcze taki pamiętny moment z „Wrzeciona czasu”: stary ojciec Andrzeja Kondratiuka, ten, który przeżył Sybir i Kazachstan, nie może już chodzić. Syn stawia mu na polu drewniane barierki, żeby ojciec mógł się ich trzymać. Kiedy ojca już nie będzie, on sam spróbuje przejść tą samą drogą, chwytając się drewnianych belek...

Program Andrzeja Kondratiuka był minimalistyczny. Jego specjalnością były małe,
groteskowe formy, żart liryczny. Ale równocześnie był to program maksymalistyczny - w
„trylogii gzowskiej” kosmos jest dekoracją, słońce służy za reflektor, a świat jest sceną
teatrzyku, w którym role anioła i diabła gra dwóch podpitych sąsiadów. W „Zegarze słonecznym”, swoim przedostatnim większym filmie, umieścił autobiograficzną
scenkę, która mogłaby służyć za motto do całej jego twórczości. Rzecz dzieje się na zesłaniu w radzieckim Kazachstanie, dokąd rodzina Kondratiuków została w 1939 roku - via Syberia - wywieziona z Pińska. Siedmioletni chłopiec brnie przez śnieg z matką, która jest w ciąży z jego bratem, przyszłym reżyserem Januszem Kondratiukiem. Nagle matka zaczyna śpiewać arię z „Carmen”: „L’amour, l’amour...!”. „Dlaczego śpiewasz, mamo?” - pyta chłopiec. „Płoszę wilki, synku” - odpowiada matka.

Filmowa błazenada Andrzeja Kondratiuka była jak śpiew jego matki - zabawa służyła
odpędzaniu niebezpieczeństw, uwalnianiu się od lęków. To wesołe dziecko ponurych czasów grało na nosie wszystkiemu, co zniewala i ogranicza. Ale teraz, kiedy odczujemy nieobecność Andrzeja Kondratiuka, warto pomyśleć o nim jako o człowieku pełnym powagi.

(całość dostępna na www.wyborcza.pl)

Te filmy trzeba znać!

„HYDROZAGADKA” (1970)

To chyba najbardziej odjechana polska komedia, z Józefem Nowakiem jako Asem, czyli
peerelowskim Supermanem, który ma zgłębić tajemnicę braku wody w Warszawie. W tej aferze maczają palce dr Plama (Zdzisław Maklakiewicz) i maharadża (Roman Kłosowski), a do Asa wzdycha panna Jola (Ewa Szykulska). Odjazdowość filmu będącego satyrą na socjalistyczną Polskę zapowiada już czołówka, w której Iga Cembrzyńska (późniejsza żona Andrzeja Kondratiuka) recytuje, wykrzykuje i odśpiewuje nazwiska twórców.

„CHCIAŁBYM SIĘ OGOLIĆ” (1966)

Ignacy Gogolewski zajeżdża limuzyną do salonu fryzjera-psychopaty, czyli Maklakiewicza. Przewrotny i okrutny filmowy paradoks.

„JAK TO SIĘ ROBI” (1973)

Jan Himilsbach i Maklakiewicz przyjeżdżają do Zakopanego, gdzie podają się za scenarzystę i reżysera filmowego. Raczej fantazjują przy maszynie do pisania, niż pracują, jeżdżą na nartach i zaczepiają panie. Najlepsze są ich sceny dwójkowe, np. jedzenie obiadu w stołówce pensjonatu.

„WNIEBOWZIĘCI” (1973)

„Człowiek musi sobie czasem polatać” - mówi Maklakiewicz, gdy razem z Himilsbachem
siedzą na plaży przed sopockim Grand Hotelem w finale „Wniebowziętych”. Wcześniej, gdy nocują w gorszym hotelu, Himilsbach wzdycha z łóżka: „Tylu fajnych chłopaków
zmarnowało się przez kobiety”. Panowie H. i M. latają po Polsce samolotami za wygrane w totolotka ponad 17 tys. zł. Upajają się wysokością, podrywają na rzeszowskim lotnisku i nakręcają się wzajemnie, improwizując na zadany temat, jak choćby w scenie dzielenia pieniędzy.

Polecamy