Idole naszych idoli

red.
16.08.2016 10:20
A A A
Krzysztof Krawczyk

Krzysztof Krawczyk (fot. M. STANKIEWICZ)

Podziwiali ich, czasem naśladowali. Marzyli o spotkaniu z nimi, i marzenie to czasem się spełniało. Słuchając utworów swoich ulubionych zespołów i wokalistów kochali, płakali, pisali wiersze. I choć z czasem ich muzyczne gusta się zmieniły, fascynacja trwa do dziś.

Krzysztof Krawczyk - Elvis zawrócił mi w głowie

Największy szok przeżyłem, kiedy w wieku 8 lat poszedłem do kina na czarno-biały film, w którym grał Louis Armstrong. Dokładnie pamiętam taką scenę: Armstrong śpiewa na
estradzie w jakimś klubie, a przed sceną stoi zasłuchany czarny chłopiec w moim wieku. Do dziś nie wiem, który z nich bardziej mnie zahipnotyzował. Czy Armstrong ze swoją niesamowitą, zachrypniętą barwą głosu, czy też ten malec. Miałem wrażenie, że wcieliłem się w skórę tego chłopca i odbierałem tę muzykę wszystkimi zmysłami.
Kolejny muzyczny film, który przeżyłem, miał tytuł „W rytmie rock and rolla”. To było moje pierwsze spotkanie z rockiem. W głównej roli wystąpił Tommy Steele - grał na gitarze i śpiewał. Po tym filmie, jak tysiące chłopaków w moim wieku, zamęczałem rodziców, żeby kupili mi gitarę. Ojciec obiecał mi, że jeśli w szkole poprawię trójki na czwórki, to dostanę wymarzony instrument. I rzeczywiście, pod choinką znalazłem gitarę. Nauka gry okazała się jednak trudniejsza niż na filmie, palce mi puchły i zapał szybko minął...

W wieku 15 lat przeżyłem szok, kiedy usłyszałem jak śpiewa Elvis Presley. Stał się moim autentycznym idolem. Zawrócił mi w głowie. Nie tylko swoim głosem - słodkim jak syrop, ale dlatego że śpiewał „pościelówy”, przy których mogliśmy przytulić się do dziewczyn. Właśnie pierwszemu mojemu tanecznemu zbliżeniu do kobiety towarzyszył Elvis. Pamiętam jak na adapterze Bambino namiętnie puszczaliśmy grające pocztówki z jego największymi przebojami. Był wtedy dla nas przyjacielem, ale zarazem kimś niedostępnym. Podziwiałem jego barwę głosu – w pewnym okresie miałem podobną, dlatego długo nazywano mnie polskim Elvisem. Nagrałem nawet dwie płyty po polsku i jedną po angielsku z jego przebojami. Śpiewałem je po swojemu, ale te nagrania były spełnieniem moich młodzieńczych marzeń. Nadal wracam do tych piosenek, a w tym roku chcę uczcić 30. rocznicę śmierci Elvisa. Bo on był i jest zawsze u mnie na pierwszym miejscu.

Ale kochałem się też we wspaniałych śpiewających dziewczynach: Connie Francis i Brendzie Lee, która miała w repertuarze piękną „pościelówę” – „I’m Sorry” i niesamowity rock'n'roll - „Taniec szczotki”. W 1962 roku mnie i moich przyjaciół przewrócili na łopatki The Beatles. Szczęki nam opadły. Takiego brzmienia nigdy nie słyszeliśmy. Dlatego postanowiliśmy założyć z chłopakami zespół, który też śpiewałby na cztery głosy. Takie były początki „Trubadurów”. Łódzka Estrada zamówiła dla nas ubrania wzorowane na strojach The Beatles, a znany szewc uszył nam botki beatlesówki z 5 cm obcasami. W Łódzkim Domu Kultury graliśmy oryginalny repertuar The Beatles i dziewczyny szalały na nasz widok. Dziś The Beatles nie są moimi idolami. Natomiast od Chrisa Rea przejąłem metodę, której często używam: śpiewania zachrypniętym głosem. Nadal podziwiam niedoścignionych czarnych wokalistów: Raya Charlesa, Louisa Armstronga (na którego cześć nagrałem płytę) i Nata Kinga Cola - człowieka obdarzonego najpiękniejszą na świecie barwą głosu.

Natomiast wzorem artysty jest dla mnie Bono. Podziwiam go za to, że zawsze jest naturalny, nikogo nie udaje, a poza tym tyle dobrego robi dla ludzi i świata. Jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju, a właśnie o tym, żeby zostawić po sobie indywidualny ślad, marzy każdy artysta.

Halina Frąckowiak - Aretha Franklin rzuciła mnie na kolana

W czasach mojej młodości słuchało się nocą radia Luxemburg. Wtedy podziwiałam Pola Ankę, Helen Szapiro, Neila Sedakę i trochę później Brendę Lee, dzięki której
zadebiutowałam. Wystartowałam w konkursie Młodych Talentów śpiewając właśnie jej
piosenkę „I’m sorry” - i znalazłam się w 1963 r. w Złotej Dziesiątce. Fascynowała mnie
specyficzna barwa głosu Brendy. Nie był to płaski, kwilący, cienki głosik, ale taki z dna serca, głęboki i z temperamentem.

Jednocześnie z rozrzewnieniem wspominam piosenkę Jerzego Połomskiego „Szkoda twoich łez”, która mnie ogromnie wzruszała oraz piosenkę „Mamma sontanto felice”, 12-letniego chłopca przed mutacją, Robertino Lorettiego.

Polską wokalistką, która była bliska mojej swingującej estetyce, była Ludmiła Jakubczak. Niezwykle muzykalna dziewczyna, która tragicznie zmarła wieku 22 lat. Jej piosenkę „Mister wonderful” i „Wakacje z deszczem” zaśpiewałam zaproszona do telewizji. Potem słuchałam The Supremes i Diany Ross, na której koncercie byłam w czasie mojego pierwszego pobytu w USA, w 1979 r . Tak się wzruszyłam, że płakałam jak dziecko. Oczarowały mnie też liczne efekty techniczne, które u nas były niespotykane. Na koniec koncertu wszyscy wzięli się za ręce, w których trzymali zapalone zapalniczki i śpiewali coś w rodzaju hymnu wolności. Ten nastrój mi się udzielił. Podczas tego wyjazdu zachwycił mnie też występ Michaela Jacksona ,
który przez dwie godziny elektryzował widownię swoim śpiewem i tańcem. Był niezwykle perfekcyjny.

W latach 60., z grupą śpiewającej młodzieży z Poznania, słuchaliśmy podczas wieczornych spotkań wspaniałej, zagranicznej muzyki z cudem zdobywanych płyt. Wtedy rzuciła mnie na kolana Aretha Franklin – moja największa miłość artystyczno-muzyczna i soulowa. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam Arethę, tak się wzruszyłam, że dostałam gorączki. Wyzwoliła we mnie mnóstwo emocji. Odczuwałam potem ogromną potrzebę śpiewania wokaliz i przeróżnych improwizacji.

Bardzo ważna wokalistką jest też dla mnie Dusty Springfield, angielska piosenkarka, która - jak się niedawno dowiedziałam - urodziła się tego samego dnia, miesiąca i roku co ja. Nigdy nie byłam na jej koncercie, natomiast jeden z moich fanów widział jej występ i powiedział mi , że ona zachowuje na scenie identycznie jak ja. Ma te same gesty rąk, ruchy ciała, mimikę. Do dziś nie widziałam jej koncertu, ale wiem, że wywarła na mnie duży wpływ jeśli chodzi o dobór repertuaru i estetykę muzyczną. Podziwiałam też wybitną osobowość i charyzmę Edih Piaf. Ale choć kiedy jej słuchałam, miałam gęsią skórkę, nigdy nie próbowałam jej naśladować. Wolałam bluesowo-jazzowe swobodne swingowanie.

Beata Kozidrak. Urzekła mnie „Ciemna strona księżyca"

Z początku mój gust kształtowało starsze rodzeństwo, które słuchało The Beatles i Czesława Niemena. Potem, kiedy dorastałam, zaczęłam podziwiać bardziej wyrazistych wokalistów, takich jak Robert Plant z Led Zeppelin, Freddy Mercury z Queen, Sting z Police, Tina Turner, a także cały zespół Pink Floyd z ich genialną płytą „Ciemna strona księżyca”. Nie wiedziałam jak wyglądają, znałam tylko ich głosy z audycji w radio Luxemburg i taśm magnetofonowych. Dostarczała je moja koleżanka, która miała rodzinę w Anglii i dzięki temu miała dostęp do muzycznych nowinek. Naśladowałam sposób operowania głosem moich ulubionych artystów, bo sama zaczynałam już zaczynałam śpiewać. Robert Plant jest nadal dla mnie niedoścignionym wzorem. Moim ukochanym utworem były „Schody do nieba”, na pamięć znałam solówkę. Na tych dźwiękach wyrastało całe nasze pokolenie. Natomiast kiedy słuchałam „Ciemnej strony księżyca” Pink Floyd, ta muzyka tak mnie ogarniała, że znałam każdą frazę, każdą interpretację wokalną i instrumentalną.

Niesamowicie mnie relaksowała i działała na moją wyobraźnię. Przez kilka lat przy niej
zasypiałam i mama musiała codziennie wyłączać magnetofon. To dzięki tej piosence
zaczęłam pisać wiersze. Te pierwsze lądowały pod poduszką. Wstydziłam się ich, ale kiedy w końcu w 1978 roku odważyłam się zaśpiewać swój tekst – „Piechotą do lata” - od razu stał się przebojem.

Dzięki utworom z „Ciemnej strony księżyca”, zaczęłam się też uczyć angielskiego. Chciałam zrozumieć teksty. Także teksty zespołów The Rolling Stones, Deep Purple, The Police. Dzięki nim chciało się nam żyć! Staraliśmy się w smutnej PRL-owskiej rzeczywistości odnaleźć coś swojego, wspaniałego. Dobrze było wiedzieć, że gdzieś istnieje tak fantastyczna muzyka, która potrafi zmieniać ludzi, dawać nadzieję.
W liceum uwiodła mnie też polska grupa SBB z Józefem Skrzekiem na czele. To nie była łatwa muzyka. Na prywatkach nie udawało mi się na do niej na przekonać moich
rówieśników, ale ja byłam zafascynowana jej różnorodnością i energią, jaka z niej się
wydobywała. Jest konkretna, budowana na przeżyciach.

Nigdy nie zamykałam się w jednym gatunku muzyki - słuchałam też Marka Grechuty, Ewy Demarczyk. Dzięki przeżyciom, jakich dostarczali mi wszyscy moi idole, budowałam swoją osobowość, wrażliwość. Może dlatego potem, kiedy już sama koncertowałam, nigdy nie miałam problemu z nawiązaniem kontaktu z publicznością. Zawsze chciałam pokazać ludziom swój świat, dodać im sił – tak jak kiedyś, ja czerpałam je z moich idoli. Co mi dali? Przede wszystkim solidne fundamenty, na których mogłam budować swój własny styl.

Polecamy