Bo ja jestem z piekła rodem. Pogodna rozmowa z Ewą Wiśniewską

Rozmawiał Marian Dachniewski
01.08.2016 12:07
A A A

fot. archiwum

Marian Dachniewski: Lubi Pani doktor Ewunię?

Ewa Wiśniewska: Już tak. Kiedyś miałam lęk przed staniem się na całe życie doktor Ewą, ale tak się nie wydarzyło. grałam cały czas w poniedziałkowych teatrach telewizji, w Kobrach. Ten serial to zresztą nie była „ciąguta” i każdy odcinek miał oddzielną historię. Dialogi pisał z reżyserem Henrykiem Klubą Wiesio Dymny. Nie było, jak w dzisiejszych serialach, krojenia ogórków albo pomidorów na ekranie i rozmów o niczym.

MD: Pani przygoda z filmem zaczęła się od „Zbrodniarza i Panny”.

EW: Tak, byłam wtedy na pierwszym roku szkoły teatralnej. Nie wolno mi było grać, ale wydawało mi się, że w wakacje mogę decydować o swoim losie. Tymczasem miałam komisję dyscyplinarną. Skończyło się pozytywnie, mogłam dalej studiować i przejść na drugi rok. 

MD: Jeszcze przed szkołą wzięła Pani udział w konkursie tygodnika „Film” „Piękne dziewczęta na ekrany”.

EW: Miałam wtedy 13 i pół czy 14 lat... Zresztą na zdjęciach Edwarda Hartwiga wyglądałam o wiele poważniej, bo miałam specjalnie upięty kok i szal na głowie. Efektem tego było zaproszenie mnie do Łodzi na zdjęcia próbne do dwóch filmów. Pojechałam z mamą, bo przecież nie byłabym puszczona sama. Mama budziła emocje w filmowcach, ponieważ była piękną kobietą.

MD: Zapachniało wtedy trochę filmowym światem...

EW: Zapachniało i to dosłownie. Dla mnie plan filmowy pachniał asfaltem i dymem, bo ciągle były jakieś wybuchy. Do tej pory lubię takie piekielne zapachy, bo ja jestem z piekła rodem.

MD: Wydaje mi się, że tak naprawdę jest Pani w środku bardzo wrażliwą, delikatną osobą, a chciałaby Pani, żeby wszyscy usłyszeli...

EW: ...że mam kolce? Byłam osobą bardzo nieśmiałą i nauczyłam się być taka, jaka jestem. Jedyna rzecz, która mi z nieśmiałości pozostała, to czerwienie się, gdy ktoś mnie np. pytaniem zaskoczy.

MD: To jest cały urok pięknej kobiety. Jest Pani postrzegana jako osoba dynamiczna, pewna siebie, konkretna. Pani chyba nie umie być sztuczna.

EW: Nie chciałoby mi się. Wystarczy mi, że gram różne role w teatrze. Teatr będzie istniał zawsze, ponieważ żywy kontakt aktora z widzem nigdy nie przeminie i te krakania, że teatr się kończy, są śmieszne.

MD: Była Pani przez wiele lat związana z teatrem Ateneum.

EW: Przedtem z Nowym. Nie wyróżniałabym żadnego. Dawniej były bardziej rodzinne i ściślejsze relacje między nami kolegami. Nikt nie pędził do domu, bo następnego dnia o 5. rano wstaje na zdjęcia, a między próbą a spektaklem ma jeszcze 50 milionów nagrań i zajęć. Pamiętam czas w swoim życiu zawodowym, kiedy np. przed południem próbowałam w teatrze olbrzymie role, o 15. zaczynała się próba teatru telewizji, gdzie też raczej grałam duże role, potem pędziłam do teatru grać zupełnie inną rolę i nie przypominam sobie, żebym była zagoniona, zapędzona. I to trwało lata.

MD: Jak można zmusić organizm do takiego psychicznego i fizycznego wyrzeczenia?

EW: Ja kocham ten zawód. Atmosfera teatru jest niepowtarzalna. Na planie filmowym, nawet jeśli robi się wiele dubli i rozmawia z reżyserem o roli, to praca jednak jest o wiele szybsza. A w teatrze w trakcie dwóch miesięcy prób przetrawia się wszystko bez przerwy – i to jest niepowtarzalne.

MD: To chyba właśnie ta miłość daje siłę i napędza. Na deskach teatru nie ma przecież żartów, bo to jest spotkanie oko w oko z publicznością, która jest czasami bezwzględna.

EW: Do tej pory, mimo wielu lat istnienia na scenie teatralnej, boję się publiczności.

MD: Trema?

EW: Trema jest siłą fachu. Ale- widownia jest dla mnie jakimś strasznie groźnym zwierzem. Mam przedziwną klapkę w mózgu. Patrząc w kierunku widza, nie widzę go, jestem w swojej szkatule. Dopiero przy ukłonach ewentualnie odważam się spojrzeć. Natomiast na spotkaniach z publicznością widzę każdego człowieka i wręcz jest mi to potrzebne. Bardzo sobie cenię sympatię publiczności. Jestem nawet nią zdumiona, bo przecież nie jestem celebrytką, która wypada każdemu z telewizora między kanapkę a herbatę. Ludzie pozdrawiają mnie na ulicy, co jest bardzo miłe.

MD: Pamiętają nie tylko „doktor Ewę”, ale też Kobry czwartkowe, teatr telewizji...

EW: Tak, każdy pędził w poniedziałek do domu, bo wiadomo było, że o 20.05 zaczyna się teatr telewizji. Dostaję listy, w których ludzie proszą, żebym spowodowała, żeby teatr telewizji zaistniał ponownie... Na szczęście dziś teatry są pełne. Nie ma biletów. Muszę jakieś łamańce robić, żeby móc zaprosić znajomych. Na spektaklach jest bardzo dużo młodzieży, ale też osób wiekowych. Zainteresowanie jest fantastyczne, jesteśmy bardzo szczęśliwi.

MD: Porozmawiajmy jednak chwilę o filmie. Lubi Pani kostiumowe role, jak np. w „Ogniem i mieczem?

EW: Uwielbiam! Mój kostium, łącznie potężnymi, jałowiczymi butami ważył 16 kg. Praca w filmie wymaga nieraz wielu trudów i wyrzeczeń. Na przykład gra się w zimie udając, że jest pełnia lata, bo dwa krzaki bukszpanu postawili za głową i to ma wyglądać jak naturalny plener. Albo np. wpada się do rzeki, jak ja kiedyś... W wojennym serialu „Podziemny front” jako łączniczka musiałam przekraczać Wisłę. Zdjęcia miały być kręcone na początku września, ale zdarzyło się obsunięcie i wypadło to w listopadzie. Wodę rozgrzewano reflektorami filmowymi... A ja musiałam wychodzić na brzeg, dostawać w plecy i pacnąć z powrotem do tej samej wody. Życie uratowała mi cudowna garderobiana, która po każdym dublu z moim wyczołganiem się na brzeg dawała mi herbatę z rumem. Po piątym dublu, kiedy cała ekipa w kożuchach stała przy kamerach, ja pacnęłam do tej wody i powiedziałam, że z niej nie wychodzę, bo fantastycznie mi jest tam. A byłam przecież w oficerkach, w panterce, głowa mokra. Nic mi się nie stało.

MD: Wielu aktorów mówi, że nie ogląda swoich filmów, zwłaszcza tych starszych.

EW: Nienawidzę, bo bym zmieniła wszystko.

MD: Chce Pani powiedzieć, że te role z dawnych lat są do kitu?

EW: Niezupełnie do kitu, ale pewnych rzeczy nie zauważałam i gdybym miała wiedzę obecną, to bym to inaczej zrobiła. I dlatego teatr jest cudowny, bo się gra następnego dnia i można poprawić. Wykrzesać z siebie dodatkowe diabelskie moce.

MD: Jak Pani regeneruje siły?

EW: Nie mam czasu na reset. Jedynie czasem stawiam pasjanse.

MD: Wyszedł jakiś ostatnio?

EW: Nie ustawiam ich po to, że żeby się dowiedzieć, czy na przykład nie spadnę ze schodów. Ustawianie pasjansów szereguje mi szare komórki.

MD: Czyli zabawa. Jak długo ona trwa?

EW: Całe życie moje. Pasjansów nauczyła mnie moja bardzo kochana teściowa z pierwszego małżeństwa. Miałam 21 lat, gdy zaraziła mnie tą namiętnością i magią.

MD: A w karty Pani grywa?

EW: Przestałam, bo nie mam szczęścia. W Teatrze Ateneum grało się w kości. Ja tylko asystowałam przy tym stoliku kościanym. Jak ktoś musiał odejść i zastępowałam go, wygrywałam za tę osobę. A za siebie przegrywałam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy