Na kłopoty... Stefan Friedmann

Rozmawiał Wojciech Pijanowski
14.07.2016 15:47
A A A
Telewizyjny kabaret Jonasza Kofty

Telewizyjny kabaret Jonasza Kofty "Supercompersita" (fot. archiwum)

Syn aktora i suflerki, talent sceniczny odziedziczył w genach. Przed 25 lat wcielał się postać Gienka Matysiaka z radiowego słuchowiska wszechczasów. Telewidzowie pamiętają go z serialu „Na kłopoty... Bednarski”. Prowadzone wraz z Jonaszem Koftą „Dialogi na cztery nogi” dają mu zasłużone miejsce w panteonie polskich satyryków.

- ...w wieku ośmiu czy dziewięciu lat. To była „Maria” Malczewskiego w poważnej radiowej audycji poetyckiej z Wieńczysławem Glińskim i Elżbietą Barszczewską. Grałem rolę pacholęcia. Miałem ładny, cieniutki głosik. Po prostu znajomości.... Moi wujkowie i ciocie to byli aktorzy, przyjaciele rodziców.

- Nie było castingów...

- Później, na Gienka Matysiaka był casting głosowy. 1956 rok, pierwszy oddech demokracji. To był mój największy sukces, bo ja przyjechałem z Krakowa i mówiłem po krakowsku: okieńko, panieńka, na pole pójdę (w Warszawie chodziło się na dwór). I okazało się, że potrafię przeistoczyć się z krakowiaka w warszawiaka z ulicy Dobrej. W „Matysiakach” grali wybitni aktorzy: Stanisława Perzanowska, Jan Ciecierski, Tadeusz Fijewski, Jarema Stępowski. Nazwiska epokowe. To był pierwszy warszawski serial, odcinek co tydzień przed 25 lat. Cała Polska siadała przed radiem i patrzyła w szmatkę, która przykrywała radiowy głośnik. I tak powstała telewizja... Gdy mówią wnukom, że kiedyś jej nie było, nie chcą wierzyć. Telewizja była zawsze, jak Armia Czerwona!

- Ludzie wierzyli, że Matysiakowie istnieją naprawdę?

- Tak! Dostawaliśmy nawet prezenty. Gdy mama mówiła: „Józuś, kończy się cukier”, za dwa dni zjawiała się w radiu tona cukru przysłana z przetwórni buraka cukrowego. Gienek marzył o rowerze? Dostałem rower. Był specjalny pokój na Myśliwieciej, w którym umieszczano dary dla Matysiaków. Taka izba pamięci. I mogłem się tym rowerem przejechać po korytarzu, bo nic nie wolno było brać. Cukier też pleśniał...

- Ukończyłeś szkołę aktorską?

- Ukończyłem bardzo dużo szkół... Teatralnej nie, ale zdałem egzamin eksternistyczny i mam dyplom aktora dramatycznego.

- Przedtem jednak, gdy jeszcze studiowałeś w PWST był słynny egzamin...

- Jak pisze w swojej książce Agnieszka Fitkau-Perepeczko, recytowałem strasznie nudny wiersz Władysława Broniewskiego. „Niech pan powie coś wesołego” - mówi profesor Jan Świderwski,. A ja na to: „Wesołego Alleluja”. I tak się skończył egzamin....

- Siedem lat grałeś w Teatrze Współczesnym. Jak było?

- Wspaniale, bo to był teatr z prawdziwego zdarzenia. Byli wspaniali ludzie: Maciej i Jan Englertowie, Basia Wrzesińska, Piotrek Fronczewski. Młoda grupa zasiliła ten teatr, w którym byli już profesorowie: Kazimierz Rudzki i Aleksander Bardini. Byli wielcy aktorzy Tadeusz Fijewski, Tadeusz Łomnicki, Czesław Wołłejko. Nie było fraternizacji. Czekaliśmy, żeby pozwolono nam się odezwać. A jeśli już któryś ze starych aktorów powiedział, „To, co młody kolego, może pójdziemy do SPATiF-u po przedstawieniu?”, to było wyróżnienie nieprawdopodobne! Teraz to nie istnieje. Karierę w teatrze skończyłem niemą rola pomnika. Podziękowałem włoskiemu reżyserowi, który mnie w niej obsadził. Po latach spotkałem go w Krakowie. Zaczął przede mną uciekać, więc wołam „Gianni, poczekaj! Dziękuję, ci, człowieku, zrobiłeś fajną rzecz, otworzyłeś mi nowe perspektywy”. Zacząłem pisać, także dla dzieci, robić coś, co będzie ode mnie zależało.

- Współpracowałeś z Jonaszem Koftą.

- To dzięki niemu zaistniałem jako autor. Byłem znany z opowiadania żartów. Jonasz mówi: „Masz dar mówienia rzeczy strasznie głupich i strasznie śmiesznych. Tego ci zazdroszczę. Zapisz to, kiedyś będziesz miał z tego pieniądze”. Byłem dumny, że on mi czegoś zazdrości. Był moim mentorem, profesorem. Okazało się, że mój raźny, doraźny żart i jego poezja się uzupełniają. Połączyły nas „Dialogi na cztery nogi:” i „Fachowcy”. Niebawem Polskie Radio wyda to na płytach.

- Co sądzisz o dzisiejszych żartach?

- Nie znam żadnego. Dzisiejsze kabarety okazały się silniejsze niż te dawne. Myślę, że dziś nasze żarty przyjmowane byłyby w amfiteatrach w głębokiej ciszy... Byłem kiedyś w komisji egzaminującej artystów estradowych. Artysta musiał mieć papiery, żeby dostać wyższą stawkę za występ. W komisji był m.in. profesor Bardini. Wchodzi pani, śpiewa po angielsku, co bardzo denerowało profesora Bardiniego. „Dlaczego śpiewa pani po angielsku?” „Bo ja występuję dla międzynarodowego towarzystwa na statkach”. Bardini złagodniał, pyta kompozytora Andrzeja Trzaskowskiego: „Czy ona dobrze śpiewa po angielsku?” „Raczej tak”. „Czy pani ma kontrakty?” - pyta dalej komisja. „Tak, mam na cały rok”. No to musimy przepuścić. Ale Bardini postanowił spytać ją jeszcze z teorii. „A co zrobił Jan Matejko?” „Jak to co, wyrzeźbił ołtarz Wita Stwosza!”. Zapadła cisza. Bardini na to: „Tego i Friedman by nie wymyślił”. To było największe wyróżnienie, jakie mnie spotkało.

- Opowiedz jeszcze o serialu „Na kłopoty... Bednarski”.

- Bardzo lubię ten serial. Akcja działa się w Gdańsku, więc oczywiście nakręciliśmy to we Wrocławiu. Reżyserował młody reżyser Paweł Pitera. Jak się okazało po latach, byłem faworytem pani Julii Piterowej. „Weź tego Friedmana” - mówi do męża.

- Miała rację.

- Pisałem sam dialogi. Facet był trochę ofiarą i dlatego był sympatyczny.

- Czym się teraz zajmujesz?

- Reżyseruję to, na czym się znam, czyli komedie i farsy. Bardzo lubię pracować w Teatrze Miejskim im. Szaniawskiego w Płocku, gdzie niedawno miałem premierę. Gram też gościnnie sztuki, które reżyserowałem: „Weekend z kochankiem”, Mayday”, „Dzikie żądze”. Nawet zmieniłem końcówkę w jednej sztuce. Autor z Ameryki, kiedy zobaczył, mówi: „O, wiesz, to jest nawet fajniejsze. Mogę wziąć?” Było to bardzo miłe.

- Przyjaźniłeś się z Markiem Perepeczko.

- Znaliśmy się od liceum. Chociaż byłem starszy od niego, traktował mnie jak młodszego brata. Gdy paliłem, wyrywał mi papierosa, a gdy piłem wino owocowe, mówił „nie wolno ci pić, jesteś zdolny, masz być zdrowy!”. Mam jego list z Kuby, napisał do mnie, gdy kręcił tam film. Jak mi smutno, to go otwieram i czytam. Bardzo się wtedy prostuję. Marek, choć miał prawie dwa metry, doskonale tańczył rock’n’rolla. Bawiliśmy się na fajfach. Słuchacze radia Pogoda doskonale wiedzą, co to są fajfy...

- Twoje plany na przyszłość?

- Chciałbym żyć.

 

Polecamy