Jak Walt został Disneyem

Wojciech Orliński
14.07.2016 15:40
A A A

fot. Ken Wolter shutterstock

Większość z nas kojarzy Disneya z sympatycznym wąsatym starszym panem, który występował w telewizyjnych programach „Walt Disney przedstawia" nadawanych także w telewizji PRL. Zanim jednak zrobił karierę i zarobił fortunę, kilkakrotnie stał na progu ruiny.

„Królewna Śnieżka”, która miała premierę pod koniec 1937 r., była ogromnym sukcesem. Przyniosła Disneyowi Oscara, a właściwie osiem Oscarów, jeśli liczyć na sztuki - Walt dostał bowiem jedną statuetkę normalnej wielkości i siedem krasnoludzkich. Zarobiła fortunę... ale nie dla Walta, beznadziejnie pogrążonego w długach.

Nikt przedtem nie zrealizował komercyjnego pełnometrażowego filmu animowanego. Produkcja trwała trzy lata i wymagała wymyślenia wielu technik od zera. Animatorzy nie mieli dotąd doświadczenia z realistycznym pokazywaniem ludzkich postaci (co innego animować kaczora, co innego królewnę). Disney zastosował coś, co można uznać za analogowe wyprzedzenie techniki „motion capture” - filmowano ruchy aktorów, które potem benedyktyńską pracą kadr za kadrem przerysowywano na klatki animacji. Kosztowało to oczywiście fortunę. Pochłonęło wszystkie pieniądze, które Disney zarobił na kreskówkach z Mickeyem i Donaldem. A potem wszystko, co byli mu skłonni pożyczyć bankierzy.

W połowie 1937 r. produkcja stanęła. Walt desperacko musiał więc szukać kogoś, kto wyłoży gotówkę na dokończenie „Śnieżki” w zamian za udział w zyskach. W końcu zawarł taki układ z dystrybutorem - RKO Pictures. Ale w rezultacie sukces „Śnieżki” nie był w stanie rozwiązać problemów finansowych Disneya. Fortuna, jaką ten film przyniósł, szła do kieszeni kogoś innego. A Disney znów się zadłużył po uszy, licząc na to, że wreszcie wyjdzie na prostą dzięki kolejnym superprodukcjom, które miał już na warsztacie - „Pinokio” i „Fantazja”. Jak to w życiu Disneya bywało, nic z tych planów nie wyszło, bo pokrzyżowały je nieprzewidziane okoliczności. II wojna światowa sprawiła, że z mapy świata znikały rynki, na które można by wprowadzić Disnejowską superprodukcję.

Lekcja amerykańskiego snu

Jego ojciec Elias Disney nie miał głowy do interesów, ale był uparty i się nie poddawał. To odziedziczył po nim syn. I niewiele więcej. Elias próbował sił w różnych branżach - jako budowlaniec, farmer, wreszcie jako właściciel firmy kolportującej prasę. Dla ograniczania kosztów zatrudniał w tej firmie swoje dzieci - ośmioletniego Walta i jego starszego brata Roya. Gdy Kansas City jeszcze spało, o trzeciej trzydzieści chłopcy wstawali i zaczynali rozwozić gazety. Bez względu na pogodę.

Te doświadczenia dały mu lekcję „amerykańskiego snu”. Uwierzył w niego tak, jak wierzył w niego ojciec, ale uznał, że ojciec tego hasła tak naprawdę nie rozumie.

(...) Walt Disney uznał, że „amerykański sen” od pucybuta do milionera jest wprawdzie osiągalny, ale trzeba się zachowywać dokładnie odwrotnie niż dobroduszny Elias Disney. Trzeba umieć wbić konkurentowi nóż w plecy, zanim on wpadnie na ten sam pomysł.

Myszka Mortimer

Gdy wybuchła I wojna światowa, Elias - jak przystało na pacyfistę - chciał uchronić synów przed tym koszmarem. Pojechali, ojcu na złość, na ochotnika. Nie przyjęła ich armia (byli za młodzi), ale zostali wolontariuszami Czerwonego Krzyża.

Walt wrócił do Ameryki w 1919 r. Nie chciał już więcej pracować w kolejnych przedsięwzięciach ojca (który właśnie rozkręcał biznes gazowanych napojów chłodzących - rzecz jasna, bez powodzenia). Nikt jednak nie chciał zatrudnić Walta ani jako rysownika, ani nawet jako kierowcy pogotowia, choć w jednym i drugim Disney miał już pewne doświadczenie (był autorem patriotycznych plakatów popierających udział Ameryki w wojnie).

Starszy brat załatwił mu posadę w agencji reklamowej. Wprawdzie zbankrutowała natychmiast po zatrudnieniu Walta, ten jednak poznał w niej swojego najważniejszego wspólnika w przyszłych interesach: Uba Iwerksa. O ile Walt był rysownikiem w najlepszym wypadku przeciętnym, Iwerks był prawdziwym geniuszem. To jemu zawdzięczamy Mickeya i Donalda.

Zawdzięczalibyśmy mu też niejakiego Królika Oswalda, gdyby nie to, że wkrótce Disney po raz kolejny znalazł się na progu bankructwa i odebrał być może najcenniejszą lekcję biznesu. Bez niej nie zrozumiemy jego dalszego życia.

Disney i Iwerks założyli najpierw firmę produkującą animowane reklamy w Kansas City. Plajta była szybka. Walt przekonał jednak brata, że animacja ma przyszłość. Ten zainwestował własne pieniądze w The Disney Brothers Cartoon Studio, działające już w Hollywood. A Walt zatrudnił nawet osobistą sekretarkę - i wkrótce ją zresztą poślubił, żartując, że tak zalegał jej z wypłatami, że ślub był jedyną dostępną opcją.

Niedoświadczeni Disneyowie nawiązali współpracę z nowojorskim dystrybutorem Charlesem Mintzem, dla którego stworzyli postać Królika Oswalda. Byli tak podekscytowani kontraktem, że nie doczytali drobnych literek. Nie zabezpieczyli praw do tej postaci. Mintz ich zatrudnił jako wyrobników, prawa do postaci przeszły na niego. Następnym krokiem - to logiczne! - było zatrudnienie kogoś tańszego do rysowania Królika Oswalda. Bracia Disney znów zostali na lodzie. Wszyscy pracownicy odeszli - przy Walcie został tylko rodzony brat, przyjaciel Ub Iwerks i żona sekretarka.

Następna postać - Myszka Mortimer - była pierwszym animowanym bohaterem z głosem, bo zaczynała się właśnie era kina dźwiękowego. To Lilian Disney, słysząc imię Mortimer, zażądała od męża, by ten zmienił je na coś sympatyczniejszego. Może „Mickey”? Tak powstał pierwszy animowany film dźwiękowy „Parowiec Willie” (1928), czarno-biały, w którym Myszka Miki prowadzi statek, jednocześnie traktując wszystko i wszystkich jako instrumenty muzyczne. (...)

Albo monopol, albo śmierć

Nadszedł sukces. Mickeya, Donalda, Goofy’ego, Pluto i przyjaciół, pokochały dzieci na całym świecie. Ale Disney pamiętał lekcję, którą dały mu porażki ojca - w Ameryce nie wystarczy trzymać się swojego, trzeba sięgnąć po cudze. Trzeba być zawsze o krok przed konkurencją. Trzeba zdobyć monopol.

Stąd właśnie „Królewna Śnieżka”, a potem „Pinokio”. Z problemów związanych z wojną Disney w końcu wybrnął - na chybcika wyprodukował dwa filmy tanie i chwytające za serce: „Dumbo” (1941) i „Bambi” (1942).

Po wojnie sytuacja się powtórzyła, bo podzielony świat radykalnie ograniczał globalną dystrybucję. Zainwestował więc w produkcję telewizyjną, uruchamiając w 1954 r. serial „Disneyland” i dając początek reklamy parku rozrywki, który rok później otworzył pod Los Angeles.

Polecamy