Ostatnia Pogodna rozmowa z Marią Czubaszek - "Chcę dać nogę na wyspy Hula-Gula"

red.
27.06.2016 09:14
A A A

FOT.: MACIEJ ZIENKIEWICZ

- Mówi Pani o sobie, że jest pogodną pesymistką. Ja widzą przede wszystkim pogodę ducha. Skąd Pani ją czerpie?

- Jestem starą babą, która uważa, że jak się człowiek uśmiecha, to łatwiej jest żyć. Żyjąc tak długo poznałam wiele osób nadętych. I pomyślałam, że to nabzdyczenie to jest coś najgorszego, co może człowieka spotkać. Najważniejsze to mieć do siebie dystans. Wszystko wtedy przeżyjemy. Chciałabym tam żyć, gdzie jest pogodnie, gdzie jest fajnie.

- „Na wyspach Hula-Gula”... To tom Pani opowiadań pisanych dla radia, telewizji, „Szpilek”.

- Powstały w ponurych czasach Polski Ludowej, kiedy Polacy mało wyjeżdżali. Od pewnego czasu chciałabym znów dać nogę na wyspy Hula-Gula. Może spotkałabym tam Irenę Kwiatkowską, Jurka Dobrowolskiego, mojego ulubionego reżysera i wykonawcę.

- Pracę w radiu zaczęła Pani...

- ...od redakcji reklamy. Nie była to taka reklama jak dziś, raczej informacja. O tym, że można kupić margarynę, Płynny Owoc, ryby wędzone. Prawdziwym dziennikarzom nie wypadało pracować w reklamie, więc Kazimierz Adamowski, który tę redakcję wymyślił, poszedł na wydział dziennikarstwa i zaproponował pracę studentom. Byłam na czwartym roku i miałam dość tych studiów, gdzie uczono marksizmu i stenografii, więc natychmiast się zgłosiłam. Jerzy Dobrowolski reżyserował tam Kabarecik Reklamowy. Piosenki - bo wszystko było ukryte w piosenkach - pisali świetni autorzy: Jeremi Przybora, Antoni Marianowicz, Janusz Minkiewicz, Janusz Osęka. Mnie, jako najmłodszą, oddelegowano do „przynieś, podaj, pozamiataj”.

- No, nie tylko. Przecież to Pani wymyśliła hasło „Jeśli chcesz mieć radio, to sobie kup”

- Dziś nikt nie uwierzy, że mógł być problem z kupnem radia...

- I że praca w reklamie mogła być powodem do wstydu... Dziś to właśnie tam można zarobić dużą kasę.

- Tak! Dwa lata temu, gdy byłam już mocno dorosła, zrobiłam okropną głupotę. Telefonuje młody człowiek: „Pani Mario, mamy propozycję”. Dzwonił w imieniu dyrektora firmy, która wyprodukowała coś przeciw papierosom. „Niech Pani powie tylko jedno zdanie: nawet ja dzięki temu rzuciłam palenie”. I tu się moja uczciwość durna odezwała. Wie Pan, mogę reklamować garnki, chociaż nie gotuję, pieluchy, choć nigdy nie miałam dziecka, ale papierosy to moja jedyna przyjemność od lat! Młody człowiek przekazał moją odpowiedź swojemu szefowi. On na to: „Jak powiesz jej sumę, jaką za to dostanie, to zmieni zdanie”. Wolałam nie wiedzieć. Pewnie niezłe pieniądze przeszły mi koło nosa...

- Wróćmy do radiowych początków...

- Kiedyś Dobrowolski zaproponował, żebym coś napisała. Nie czytając nawet, kazał mi to o połowę skrócić. I tak się zaczęła moja przygoda z pisaniem słuchowisk. Potem usłyszał je Jacek Janczarski, który był szefem redakcji rozrywki w Programie III Polskiego Radia. Zaproponował, żebym tam przeszła. To była nobilitacja. I najmilszy okres mojej pracy.

 - Słynęła Pani z abstrakcyjnego humoru.

- I dlatego było mi trochę wstyd, że nigdy cenzor się mnie nie czepiał. Pewnego razu idę sobie Myśliwiecką, woła mnie kolega. „Cenzor cię prosi”. Wreszcie! „Pani Mario, nie wierzę, że Pani to zrobiła...” O co chodzi, myślę. „Niech Pani nie udaje, pani to celowo napisała.” Puścił mi fragment słuchowiska z Ireną Kwiatkowską i Wojtkiem Pokorą jako Kaziem, który zawsze był robiony w konia. Ciocia pyta Kazia: „Co ty masz taki dziurawy szalik?”. On na to, że kolory się pogryzły, czerwony i żółty. Cenzor: „Tak nie można, to Chiny i Związek Radziecki!”. Ja: „To zmieńmy na zielony”. „Zielony to ludowcy”. „No to na fioletowy” „Fioletowy to biskupi...”.

Kocham zwierzęta, co do ludzi mam mieszane uczucia. Dużo jest ludzi porąbanych. Zwierzęta zabijają tylko wtedy, kiedy muszą zjeść. Ludzie są niedobrzy, zawistni. Nie jestem przekonana, że człowiek to brzmi dumnie.

- Publiczność zna Panią z radia, ostatnio także że „Szkła kontaktowego”. Nie wszyscy wiedzą, że jest Pani autorką wielkiej liczby piosenek.

- Tylko dlatego, że zmuszał mnie do tego pan Karolak.

- Pierwszy tekst napisała Pani do jego muzyki.

- To był przypadek. Przyjechał na krótko z zagranicy, wtedy natychmiast go obskoczyli, żeby piosenki jakieś napisał. On na to: „To jeszcze musi być tekst”. „Znasz Czubaszek, niech napisze”. Musiał mnie zmusić, bo ja nigdy nawet wiersza nie napisałam. Każdy w młodości jakiś wierszyk machnął, lepszy czy gorszy, a ja w życiu! Pisanie piosenek to była dla mnie droga przez mękę. Dlatego bardzo się cieszę, że tak się porobiło, że śpiewające panie i panowie dziś sobie sami piszą teksty. Tyle jest świetnych piosenek na świecie, po co pisać jeszcze następne?

- Ale jednak się Pani z tym pisaniem rozpędziła. Dla Alibabek, dla Ewy Bem, Andrzeja Dąbrowskiego, Ewy Kuklińskiej, Grażyny Łobaszewskiej, Krystyny Prońko, Ryszarda Rynkowskiego, Trubadurów...

- Ja się nauczyłam pracując w radiu, że jak mi szef coś powie, to ja robię. No więc Karolak mi kazał, a ja pisałam... Kiedyś przyszedł do mnie Rysio Rynkowski. Był wtedy w grupie Vox. „Napisałem muzykę, niech Pani napisze tekst”. Odpowiadam, że piszę tylko, kiedy mąż mnie zmusza. „Ale błagam, niech Pani napisze, i to na jutro”. Zostawił mi kasetkę, słucham, nic mi do głowy nie przychodzi... Ale mam włączone radio - mam je włączone non-stop - i słyszę modną piosenkę „Nie płacz maleńka, szkoda łez”. Zawsze mnie denerwowała. „A dlaczego ma nie płakać, właśnie niech ryczy!”. I tak powstała „Rycz, mała, rycz”.

- Ciężko z tym Karolakiem. A do czego jeszcze Panią zmusza?

- W naszym małżeństwie, które nie wiem ile trwa, bo zginął nam ten kwit z Urzędu Stanu Cywilnego, żyjemy w zasadzie obok siebie. Mamy tak różne zainteresowania. Ja dużo oglądam telewizję, Karolak siedzi z nosem z komputerze. Oboje wyjeżdżamy - ja na spotkania autorskie, on na koncerty. Ja śpię krótko, on długo. On się kładzie koło południa, ja o drugiej w nocy, wstaję o 6 rano... Nie mamy nawet stołu, bo nie jadamy przy stole. Karolak je raz dziennie, przed pójściem spać - czyli około południa - siedząc w fotelu. Ja głównie jem parówki. Przed drugą w nocy. Nawet sobie nie podgrzewam. Bardzo lubię zimne. Rano papierosek, kawka, ale z mleczkiem.

- Ale rozmawiacie i się nie kłócicie...

- Jest jeden jedyny temat, na który nie możemy rozmawiać. Karolak wychodzi wtedy z pokoju trzaskając drzwiami. To jest temat śmierci. Ja uwielbiam mówić o śmierci. I to nie dlatego, że jestem nad grobem. Śmierć to jest coś wspaniałego, bo gdyby człowiek miał tak żyć w nieskończoność, to byłby koszmar. Byleby umrzeć szybciutko. Trzask, prask, żeby nie bolało. Karolak wierzy chyba, że będzie żyć wiecznie.

- W różnych kulturach, na jakichś wyspach Hula-Gula, przejście do innego życia nie jest przecież tragiczne...

- Ja czuję, że Karolak wierzy, że tam będzie jakieś życie... A jestem z tych, co myślą, że jak się już klapnie, to koniec. I tylko dymek po mnie będzie...

 

Polecamy