Małgorzata Braunek - śmierć to tylko zmiana formy życia

Jacek Szczerba
25.05.2016 17:33
A A A

Fot.: archiwum

Była objawieniem polskiego kina lat 60. i 70. Pamiętna Oleńka z „Potopu” i Izabella Łęcka z serialowej „Lalki” u szczytu popularności zrezygnowała z aktorstwa. Powróciła na 12 lat przed śmiercią, zaskarbiając uznanie krytyków i sympatię widzów - szczególnie rolą Barbary Jabłonowskiej, matki głównej bohaterki serialu „Dom nad rozlewiskiem”. Aktorka odeszła w czerwcu, przed dwoma laty.

Do filmu wyrwano ją jeszcze z liceum, a z powodu zajęć na planach filmowych nie skończyła warszawskiej PWST. W „Żywocie Mateusza” (1967), jako jedna z dwóch piękności w bikini, nawiedzała nadwrażliwego bohatera (Franciszek Pieczka). W „Skoku” (1967) Kazimierza Kutza była dziewczyną odciągającą bohatera (Marian Opania) od planowanej napaści na wiejską spółdzielnię. W antyfeministycznym „Polowaniu na muchy” (1969) Andrzeja Wajdy furorę zrobił jej uśmiech i wielkie okulary, które nosiła, grając Irenę, kobietę modliszkę namawiającą na zrobienie kariery miałkiego rusycystę (Zygmunt Malanowicz). W „Lokisie" (1970) Janusza Majewskiego była panną z litewskiego dworu, która nieświadoma poślubia pół człowieka, pół niedźwiedzia.

 Za współczesna na Oleńkę?

Niezwykle ekspresyjne aktorstwo zaprezentowała w dwóch filmach swego ówczesnego męża Andrzeja Żuławskiego - „Trzeciej części nocy” (1971) o okupacji we Lwowie i „Diable” (1972, premiera 1988), o czasach II rozbioru Polski. W wywiadzie dla „ Gazety Wyborczej” mówiła Katarzynie Bielas: „W »Trzeciej części nocy« była scena, w której dawałam z siebie absolutnie wszystko, ale Andrzej stał nade mną i mówił: »Jeszcze, jeszcze«. A ja po prostu czułam, że już nie mogę, że już dalej nie pójdę, że to już jest koniec. Niewykluczone, że od tego momentu zaczęłam mieć podejrzliwy stosunek do tego typu aktorstwa. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, jak daleko można się posunąć w tym zawodzie”. Z Żuławskim Braunek ma syna Xawerego, także reżysera.

Kojarzono ją jednak z rolami kobiet współczesnych, więc obsadzenie jej jako Oleńki w Sienkiewiczowskim „Potopie” (1974) Jerzego Hoffmana wywołało ogólnonarodową dyskusję. Janusz Głowacki żartował, nawiązując do jej wydatnych kości policzkowych, że Braunek to „Max von Sydow polskiego kina”. Jako wyniosła Łęcka zwodząca Wokulskiego (Jerzy Kamas) w „Lalce” (1977) Ryszarda Bera nie budziła już takich oporów.

Życie bez aktorstwa

Na początku lat 80. niespodziewanie porzuciła aktorstwo: „Żaden konkretny film ani rola nie miały wpływu na moją decyzję. To był wewnętrzny proces. Zaczęłam się sobie przyglądać i zobaczyłam, że uzależniłam się od aktorstwa. Przestraszyłam się. Po prostu nie wyobrażałam sobie życia bez grania. Kiedy kończyły się zdjęcia, miałam wrażenie, że to koniec świata. Wpadałam w depresję. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, bo nie dostawałam swojej pożywki. Była jeszcze druga strona - zaczęło mnie strasznie denerwować i fatalnie na mnie działać, że wszyscy mnie rozpoznają. Nie mogłam przejść normalnie ulicą. Nie mogłam stanąć w kolejce - wtedy były jeszcze w sklepach kolejki - bo natychmiast musiałam odpowiadać na pytania”.

W życiu bez aktorstwa pomogły jej codzienne buddyjskie medytacje (została nauczycielką buddyzmu i mistrzynią zen), którym oddawała się od roku 1979: „Poprzez medytację, wyciszenie, mój kontakt ze światem jest lepszy niż dawniej. Nie koncentruję się też tak bardzo na sobie. Dzięki medytacji można pozbyć się zakorzenionego w naszych umysłach fałszywego wizerunku świata. Rzeczywistość albo przerasta, albo nie dorasta do naszego wyobrażenia. Stąd biorą się ciągłe tragedie, rozczarowania, depresje. Poprzez praktykę buddyjską staramy się zdejmować maski, filtry, przez które ogląda się świat. To tak, jakby zdjąć opaskę z oczu. Oczywiście nie od razu. To jest proces. Proces, który nie ma końca”.

Powrót w wielkim stylu

Braunek zawsze była zaangażowana. W młodości rozdarta między katolicyzmem ojca i ewangelickimi przekonaniami niemieckiej matki, później jako buddystka wspierała ruch na rzecz praw człowieka w Chinach. Jako wegetarianka walczyła o prawa zwierząt. Pracowała jako wolontariuszka w hospicjum.

Do kina wróciła po kilkunastu latach, zdobywając nagrodę w Gdyni i Orła za drugoplanową rolę w „Tulipanach” (2004) Jacka Borcucha o miłości po sześćdziesiątce (u boku Jana Nowickiego). Od 2009 r. występowała w kolejnych częściach serialu o rozlewisku według powieści Małgorzaty Kalicińskiej jako matka głównej bohaterki granej przez Joannę Brodzik.

Ale najważniejszą rolę zagrała u Krystiana Lupy w „Personie. Ciele Simone” (2010) w warszawskim Dramatycznym: trochę jakby samą siebie, bo dawną gwiazdę, która po 30 latach wraca do zawodu, gdy młody reżyser proponuje jej rolę Simone Weil. „Braunek otworzyła oczy, broniła swej nieefektownej postaci, opowiadała historię własnego zamknięcia” - pisał w recenzji Łukasz Drewniak.

W serialu o rozlewisku według powieści Małgorzaty Kalicińskiej występowała od 2009 r. - Była osobą niezwykle słoneczną, zarażała optymizmem. Jako aktorka niezwykle ciekawa. Przy pierwszej serii „Rozlewiska ”, ponieważ miała długą przerwę w graniu, była trochę spięta. Ale szybko wtarła się w tę robotę. Grała intuicyjnie, minimalistycznie i bardzo prawdziwe. Nie było z nią żadnych konfliktów, wystarczyła chwila rozmowy, szybko łapała, o co chodzi, była bardzo inteligentna - opowiada reżyser Arek Drabiński.

Należała do innego świata

Zanim ją spotkałem, pamiętałem jej niezwykłe role w kinie. Była to piękna kobieta, ale nie o urodę szło. W tej urodzie było coś tajemniczego - jakiś przekaz, pragnienie, marzycielstwo. Należała do rzadkiego grona marzycieli, którzy swoje aktorstwo traktowali jako narzędzie do przekazania czegoś ważnego, jak tajemnica religijna, tajemnica człowieka.

Praktykując zen, buddyzm, mam świadomość nietrwałości wszystkich zjawisk ( ). Śmierć jest końcem, ale też początkiem, życie jest wieczne, tylko zmienia swoje formy, które są nietrwałe. Więc jestem otwarta na śmierć.
Małgorzata Braunek

To nie przypadek, że losy jej duchowości tak się potoczyły, iż w pewnym momencie odeszła od aktorstwa i postanowiła poświęcić się buddyzmowi. Byłem jednym z tych uwodzicieli, którzy ją do aktorstwa z powrotem przyciągnęli. Wielokrotnie była na moich przedstawieniach. Mówiła, że ją fascynują. Kiedy poczułem, co kryje się w tej postaci, z dużą tremą - bo wiedziałem, że zajmowało ją w tamtej chwili coś innego - zadzwoniłem i zaproponowałem. Już po dwóch dniach prób powiedziała, że eksperyment ją wciągnął i nie przeszkodzi to w jej drodze, a może ją wzbogaci.

Zawsze byłem pod wrażeniem naszych rozmów. Miałem poczucie, że w rozmowach oddawała się czemuś w całości. Umiała się zachwycać; raczej zajmowała się tym, co ją zachwycało, niż tym, co ją drażniło i bolało, choć o bólu i cierpieniu też potrafiła mówić.

W naszej sztuce grała aktorkę, która miała się wcielić w Simone Weil. Powiedziała w pewnym momencie podczas pracy, że człowiek musi być narzędziem czegoś większego, choćby sam był tego twórcą, ponieważ nie może być poświęcony sobie. Była całkowicie inna od tych aktorów z rozdętym ego, które nie wiadomo od czego się tak rozdyma - czy od ról, które grają, czy od wyścigu w karierze. Należała do innego świata. Wydaje mi się, że była w niej wielka wola życia i wielka siła.

Krystian Lupa, reżyser teatralny

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy