Rozmowa z Ireną Santor

Marian Dachniewski
09.05.2016 10:41
A A A
Opole 1966, Irena Santor

Opole 1966, Irena Santor (Fot.: ALEKSANDER JALOSINSKI)

Niewiele umie, ale niech się uczy. Z Ireną Santor rozmawia Marian Dachniewski

Marian Dachniewski: Znamy się dość długo – i to wcale nie z radiowej anteny – kiedy byłem nastolatkiem, na szkolnej akademii wręczałem Pani kwiaty. I byłem taki dumny. A dzisiaj siedzimy w Radiu Pogoda... Tyle lat pięknych przeżyć, niezliczona ilość piosenek. Czy wie Pani, ile ich powstało?

Irena Santor: Nie wiem, nie liczę. Ciągle mam jeszcze nadzieję, że jutro powstanie nowa. Ale jeżeli się nie zjawi, nie mam żalu.

MD: „Cicho, bo śpiewa Irena Santor. Jaki ona ma piękny głos!” - mówił mój tata, gdy słyszał Panią w wielkim radiu Preludium, które mieliśmy w domu. Gdy Pani śpiewa, człowiek czuje, że chce mu się żyć.

IS: Mój Boże, to nadzwyczajne! Dziękuję losowi, że pozwalał mi i pozwala w dalszym ciągu uprawiać ten zawód.

MD: Wróćmy do początków kariery. Jak było z Pani drogą do sukcesu?

IS: Jako dziecko nigdy nie miałam poczucia, że będę uprawiała taki zawód. Śpiewałam, bo lubiłam śpiewać: w szkolnym chórze, w kościołach. Nawet potem, kiedy śpiewałam w Mazowszu, ciągle nie przychodziło mi do głowy, że to może się stać zawodem. Stałam się artystką, bo tak pokierował mną los i dobrzy ludzie.

MD: Jak choćby Zdzisław Górzynski, ówczesny dyrygent opery w Poznaniu. To on stwierdził, że warto inwestować w piękny głos młodej dziewczyny.

IS: Tak. Uczyłam się w szkole zdobienia szkła w Polanicy-Zdroju. W przyszłości mogłam śpiewać piosenki na akademii w hucie szkła... Ale moja nauczycielka z tejże szkoły przedstawiła mnie panu Górzyńskiemu. Po przesłuchaniu dostałam list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego, twórcy zespołu Mazowsze. Mam ten list do tej pory.

MD: Potem był radio...

IS: Na pierwszym przesłuchaniu dyrektor Szpilman powiedział: „niewiele umie, ale niech się uczy”. Uczyłam się od muzyków, od mojego męża Stasia Santora, który był skrzypkiem znakomitym. Słuchałam, jak ćwiczył różne frazy muzyczne albo po prostu gamy. Muzykalności, różnorodności interpretacji, tego, jak można tę materię muzyka-tekst łączyć w jedno, przetrawiać przez siebie i oddawać innym uczyłam się od największych. Moi mistrzowie to Edith Piaf, Ella Fitzgerald, Frank Sinatra, Nat King Cole, Louis Armstrong. Nie starałam się ich naśladować, bo to jest przekleństwem dla ludzi, którzy chcą uprawiać ten zawód.

MD: Nawet gdyby ktoś chciał za wszelką cenę podrobić Pani wykonanie „Walca embarras”, to by mu się nie udało....

IS: Powinien zaśpiewać po swojemu! Barbara Krafftówna w Kabarecie Starszych Panów śpiewała „Walczyka Embarras”. Walczyka! Pomyślałam: „Gdybym choć raz w życiu mogła zaśpiewać tę piosenkę. Ale tak z długą frazą...”. I następnego dnia zaproszono mnie do radia i pan Szpilman pokazał mi ni mniej, ni więcej tylko „Walca embarras” i powiedział: „Proszę to zaśpiewać na pierwszym festiwalu w Sopocie”. Nogi się pode mną ugięły. Mówię: „Ale ja chcę inaczej”, a on: „proszę bardzo”. I to się stała inna piosenka. Dlatego namawiam wszystkich młodych ludzi: śpiewajcie po swojemu, wyrażajcie swoje emocje... To się może okazać niedobre, ale jest to wasza prawda.

MD: Powróćmy czasów, kiedy występowała Pani w teatrze Syrena, w Ateneum. Od razu zdobyła Pani sympatię publiczności. Polonia amerykańska uznała Panią za najpopularniejszą piosenkarkę; zwiedziła Pani obie Ameryki, Azję, Australię. Czy jest miejsce, w którym chciałaby Pani wystąpić?

IS: Kiedy odwiedził Polskę premier ZSRR, Kosygin, po koncercie spytał: „Pani była tyle razy w Rosji, co chciałaby Pani jeszcze w Rosji zobaczyć?”.
„Nigdy nie byłam pod kołem podbiegunowym” - mówię. „Hm, to można bardzo łatwo załatwić” - odpowiedział. Zorientowałam się, że palnęłam coś, czego odwrócić się nie da i oby on o tym zapomniał... Na szczęście do tych lodów mnie nie wysłał.

MD: Miała Pani tremę na scenie?

IS: Bardzo dużą, choć ceniłam sobie występy na żywo, np. w „Podwieczorku przy mikrofonie”. Wychodziło na scenę, śpiewało, i Święty Boże nie pomoże! W radiu zresztą też nie było najłatwiej. Najpierw próbne nagranie z orkiestrą dla reżysera dźwięku, potem tylko jedno „na czysto”. Jeżeli trzeba było powtórzyć jeszcze raz, orkiestra miała trochę za złe. Trzeba było maksymalnie się skupić, nie tak jak teraz, kiedy można wmontować jedno słowo, jedno zdanie. Ta technika, która tak ułatwia życie, mnie je utrudnia, bo ja lubię śpiewać od początku do końca. Mam wtedy do przekazania treść, emocje.

MD: Pisali dla Pani najwięksi twórcy polskiej piosenki. Czy sama ich wybierała?

IS: Z początku nie. Dostawałam zaproszenie od radia, co było nobilitacją, i dostawałam piosenkę. Potem mogłam wybierać spośród tych, które zostały już przyjęte do nagrania. Dostawałam też propozycje od kompozytorów i autorów tekstów, którzy mówili „ja bym bardzo prosił, żeby Pani to zaśpiewała”... Teraz już sama zgłaszam się do twórców, np. Piotra Rubika czy Seweryna Krajewskiego i proszę ich o napisanie piosenki dla mnie.

MD: Zaśpiewała Pani ogromnie dużo piosenek o naszej stolicy. „Maleńki znak” - tak ładnie nikt nie śpiewał o Warszawie.

IS: Warszawa powstawała z ruin... Julian Tuwim powiedział w piosence dla Hanki Ordonówny „śpiewam ludziom na pocieszenie”. Myśmy wtedy wszyscy w Warszawie śpiewali na pocieszenie. Były to piosenki znakomite, pisane przez wybitnych twórców. Warszawę zobaczyłam po raz pierwszy, kiedy jechałam do Mazowsza. Wysiadłam na Dworcu Głównym i przeraziłam się, bo choć znałam to miasto z kronik filmowych, gdzie pokazywano ruiny, zobaczyć coś takiego na własne oczy... To było coś, co zostało we mnie na zawsze.

MD: Warszawiacy są wciąż wdzięczni Pani za te piosenki.

IS: Bardzo boję się wielkich słów, ale muszę się pochwalić, że jestem honorowym obywatelem Warszawy. Mieszkam tu od wielu dziesiątek lat, ale jestem słoikiem. Powiedzieć: jestem warszawianką - to duże słowo, ale to miasto potrzebuje czułości, pomocy. Wtedy i teraz zresztą też. I warte jest i tej czułości i tego kochania. Na moich oczach zmartwychwstawało - to bardzo łączy. Jestem z Warszawą związana na śmierć i życie.

MD: „Pani Irena Santor niezwykła, niepowtarzalna, wyjątkowa. Jak dobrze, że z nami jest” - napisała do radia jedna ze słuchaczek.

IS: Dziękuję za miłe słowa. Jeżeli mogłabym dołożyć coś do tych życzeń. Może nieskromne, ale mnie jest dobrze na świecie i chciała być na nim jak najdłużej się da. A potem? Potem spotkamy się wszyscy podobno w lepszym świecie... Ale na razie chcę sprawdzić, jaki jest ten. Zawsze, nawet z największego chaosu, można wyciągnąć coś bardzo ładnego, jakąś jedną pogodną roślinkę...

Polecamy